piątek, 30 listopada 2007


Ponad trzy tygodnie jesteśmy w Polsce. Ponad trzy tygodnie ścieramy się na nowo ze światem, który zostawiliśmy dwa i pół miesiąca temu. Ja sam głowę mam pełną pozytywnych wibracji - coś się zmieniło, coś minęło.
Teraz w Indiach i Nepalu jest Łukasz Cyganek - nasz człowiek z Ocochodzi. Sporadycznie prowadzi Bloga - http://www.cygas.blogspot.com/ Cygaś zamieścił parę zdjęć - wśród nich te znad Gangesu, Varanasi.
Czuję drgawki oglądając te miejsca, w których jeszcze niedawno było mi dane przebywać. W monitorze wygląda to jakoś tak płasko. Gdzie ten gwar, "zapachy".
Chcemy wspólnie mówić o Tybecie - o losie tysięcy uchodźców, o okrucieństwie Chin. Mamy parę pomysłów.
Wkrótce blog wzbogacony zostanie o filmiki i muzę indyjską...

czwartek, 8 listopada 2007

Kasia

Przebudzenie...przerażona zapytuję siebie w myślach czy Indie były tylko snem? Gdy wychodzę na poranny spacer z psem czuję się jak turystka. Orzeźwiający chłód powietrza, pusto i cicho - oto co uderza mnie najbardziej w pierwszych godzinach po powrocie do Polski. Bałam sie powrotu lecz teraz wiem, że Indie pozostały we mnie, że pozostaną na zawsze...Indie obdarowały mnie obficie, czuję kojący spokój, trochę więcej smutku takiego zmieszanego z powagą. Indie są dla mnie światem, który oglądam po wyjściu z pałacu. Klosz się unosi a ja spotykam chorobę, starość, śmierć i oświeconego. Czuję się jakbym siedziała pod pięknym i silnym drzewem.

ewelinnn już z domowego sprzętu... ostatni pociag, ostatnie dni, ostatnie wrazenia....

trasa Gokarna- Bombaj, noc z 5 na 6 listopada

Ostatnia podróż pociągiem w Indiach. Pojutrze już tylko ośnieżona Ojczyzna, gdzie mama, tata, przyjaciele, gdzie chleb z masłem i serem, gdzie zziębnięci i smutni ludzie, którzy wstydliwie otwierają usta do śmiechu, a chętnie podnoszą głosy do krzyku, do kłótni, do rozmów o niczym... Tak widzę to jadąc w nocnym pociągu, moim ostatnim pociągu w Indiach na trasie Gokarna- Bombaj. Chciałabym nie mieć racji, lecz cóż innego mogę sobie myśleć ja- Polka w Indiach, mając w pamięci szarość własnego kraju. Tu czuję się pokolorowana w paski niebiesko- fioletowo- różowe. Patrzę na moich towarzyszy podróży i również widzę kolorowe, żółte, zielone, pomarańczowe, czerwone pasy, widzę uśmiechy na ich opalonych twarzach.
- Jesteście wspaniali, uwielbiam Was- myślę o nich, kiedy zapalają papierosa, opowiadając o tym, co wspaniałego właśnie udało im się przeżyć. Uwielbiam ich za to przeżywanie małych rzeczy, za ich dostrzeganie.

Alicja- jest piękna, myślę sobie, kiedy patrzę na nią jak śpi sobie na nowo zakupionym bębnie w pociągu do Bombaju. Dziś stwierdziła, że zwariowała w Indiach. Właśnie uśmiechnęła się do mnie otwierając na chwilę oczy. Ja też odpowiedziałam jej uśmiechem. Delikatna ale jednocześnie silna i twarda.

Jacek- na jego kolanach spoczywa książka. Mam wrażenie, że jest tam od zawsze. Gdybym potrafiła go namalować to dorysowałabym mu właśnie książkę. Pogromca naganiaczy i tuktukarzy! :) Może spotkam go kiedyś czytającego książkę na ławce w parku w Manali lub McLeod Ganji? Rozsądek dorosłego mężczyzny, połączony ze spontanicznością małego chłopca, oto Jacek.

Kasia- potrafi dostrzec piękno w najmniejszym elemencie, w najmniejszym detalu, który dla wielu zwykłych ludzi nie odgrywa większej roli. Kiedy opowiada jakąś historię jej oczy błyszczą, a ona cała staje się uosobieniem zachwytu. Otwarła mi oczy na wiele zagadek świata. Przypomina mi buddyjską boginię Zieloną Tarę, będącą uosobieniem współczucia. Kochająca i współczująca.

Paweł- strasznie ważny dla mnie człowiek, bo tak naprawdę to dzięki niemu To wszystko. To dzięki niemu siedzę teraz w pociągu, na trasie Gokarna- Bombaj i piszę o nim parę słów. Uwielbiam śmiać się głośno z jego dowcipów, głaskać go z czułością po łysince. Mam wielkie szczęście, że go znam, bo o takich ludzi naprawdę trudno. Ciepły, czuły idealista.

Olek- mały blondynek z rozbieganymi oczkami? :) Nie, to nie cały Olek. Lubię nasze rozmowy o zmierzchu, najbardziej wtedy, gdy obserwujemy zachodzący za Himalajami księżyc, pytając jednocześnie: "Ciekawe czy tam we wszechświecie jest ktoś, kto pyta właśnie kogoś" Byliśmy jedynymi osobami które nie znały się przed wyprawą. Teraz myślę, że znamy sie bardzo dobrze. Jaki jest? Dusza towarzystwa z duszą samotnika.

W pociągu na trasie Gokarna- Bombaj sami Hindusi, a wśród nich ja- Polka wracająca do kraju. Oni jadą do swoich domów, do żon, matek, do córek do synów, do prac. Ja też wracam skądś- dokądś. Lecz oni tu zostają. Zostają wśród uśmiechów, przyjacielskiego poklepywania po ramieniu, wśród spontanicznego śpiewu w pociągu. Zostają tu i będą jeść ciapaty z dalem do końca swoich dni, szczęśliwi z powodu tego, że właśnie tu przyszło im żyć.
Może to tylko moja własna kreacja rzeczywistości?
Jeszcze tu wrócę!!!

wtorek, 6 listopada 2007

brzenczu

lotnisko w Mumbaju
Siedzimy pod palma oczekujac konca naszej dwumiesiecznej podrozy. Przed oczyma przelatuja mi te wszystkie krainy, niesamowici ludzie, Himalaje, Ocean, dlugie godziny w pociagach, autorikszach. Jedno jest pewne, choc wiedzialem to juz przed wyjazdem - nosimy pewne pietno. Kto raz wyjechal w swiat z plecakiem, kto raz poznal uroki prawdziwej wyprawy, nigdy juz nie zazna spokoju - cos bedzie wolalo z daleka.
Podroz uczy cierpliwosci, rodzi przyjazni, daje odpowiednia miare rzeczy. Swiat nie konczy sie na problemach dnia codziennego - czesto tak banalnych. Gdy pomysle jakie proste sprawy rodza w czlowieku negatywne emocje, wydaje mi sie to tak odlegle, niepotrzebne.
Podroz to nie tylko przyjemnosci - to takze wysilek, czasami na granicy wyczerpania. O ile bardziej docenia sie wtedy tak prozaiczna czynosc jaka jest wziecie prysznicu, czy zjedzenie skromnego posilku.
I ci niesamowici ludzie - Tomek, Inder Dan, Peter Janusz, kaszmirski wlasciciel lodzi ze Srinagaru - nasi nauczyciele, ktorzy pokazali nam nowe przestrzenie relacji miedzyludzkich, bezinteresownosc, pogoda, wewnetrzna madrosc.
Wracamy. Siedzimy pod mala palemka otoczeni grupa przygladajacych sie hindusow - do tego juz przywyklismy. Nie bylibysmy w Indiach, gdyby na koniec nie zdarzylo9 sie jakies dziwo. Gdy dzisiejszego poranka dochodzilismy do lotniska podszedl do nas hindus w srednim wieku. Profesja, ktora zajmuje sie od lat siedmiu wprawila nas w zdumienie - po dwoch miesiacach myslelismy, ze widzielismy juz wiekszosc niezwyklosci tego kraju. Tak nie jest - za duzo w nas pychy. Mezczyzna skromnie odziany z mala walizeczka na przyrzady zawiszona u pasa spojrzal na moje ucho. Powiedzial cos w swym jezyku po czym wyciagnal 20 centymetrowy drut. Hm...wyrwalem sie. Od siedmiu lat poczciwy hindus zajmuje sie czyszczeniem uszu przechodniow.
Calkiem niespodziewanie nasze dziwo podeszlo do Olka i nim odskoczyl drut tkwil juz w jego uchu. Hm... moze Olek opisze dalej.
Mamy jeszcze dwanascie godzin koczowania - nic to
Dziekuje wszystkim, ktorzy sledzili naszego bloga. Z pewnoscia to nie koniec historii, raczej poczatek. Czeka nas w kraju sporo roboty - mamy 4 tysiace zdjec, 14 godzin materialu filmowego - wystawy, spotkania. Wszystkich, ktorzy maja pomysly, chca cos z soba zrobic, przezyc przygode, ktora zostanie na cale zycie zapraszamy do naszego Stowarzyszenia "Grupa Tworcza Ocochodzi". Pewnym jest, ze juz calkiem niedlugo ruszamy dalej, moze do Chin, moze Wietnamu.
Na blogu znajdzie sie jeszcze szereg tekstow, ktore z tego czy innego powodu na razie sie nie pojawily.
Badzcie z nami
Podaje takze mojego maila oraz telefon - od czwartku jestem dostepny
509 183 907
brzenczu@gmail.com

czwartek, 1 listopada 2007

Jacek

Pięć dni temu wyjechaliśmy spod Pondicherry. Sąsiadująca z miastem komuna Auroville robi niespodziewane wrażenie. Teren Auroville zamieszkuje około 1800 ludzi - najliczniejsi są Hindusi, potem Francuzi, Niemcy, Włosi, Amerykanie, w sumie przedstawiciele niemal cztedziestu różnych nacji. Dla turystów chcących wejść do Auroville jest specjalne biuro, można uczestniczyć w medytacjach w Matrimandir, centralnym miejscu Auroville o postaci wielometrowej średnicy złotej kuli, o ile dzień wcześniej załatwi się specjalne pozwolenie. Wewnątrz kuli absolutna cisza, której posłuchać mieli okazję Kasia i Olek. Całość planu architektonicznego terenów Auroville skomponowana jest na kształt galaktyki spiralnej, nie wszyskie jedank zaplanowane zabudowania zostały już zrealizowane. Na chcących zamieszkać w Auroville czekają odpowiednie formalności. Wymagana jest wcześniejsza wizyta, uzyskanie specjalnych dokumentów. Sugeruje się, aby nowoprzybyli, zwłaszcza gdy przybywają z rodzinami, sfinansowali budowę i wyposażenie domu dla wspólnoty. Domu, który zamieszkają, który jednakże nie stanie się ich własnością. Wyjątkowo możliwe jest zamieszkanie w domach gościnnych, nie może to jednak trwać dlużej niż dwa lata. Życie w Auroville kosztuje. Oczekuje się, że mieszkańcy będą dokonywać regularnych wpłat w wysokości od 3000 rupii na miesiąc w górę (w zależności od potrzeb). Aurowilianie pracują na terenie wspólnoty, naturalnie nieodpłatnie. Niektórzy spośród mieszkańców pracują poza granicami wspólnoty, by zdobyć środki potrzebne na utrzymanie w jej ramach. Na terenie komuny pracuje też sporo nędznie opłacanych miejscowych. Miejscowi podobno nie kochają Auroville i jego mieszkańców.
Istnienie Auroville wspiera się na pochodzacym od Sri Aurobindo przesłaniu: Twoim celem powinno być odszukanie swojej własnej najgłębszej istoty, swojego ja. Jednak, o ile mi wiadomo, nie istnieją w ramach Auroville żadne formy kontroli, czy przymusu realizowania dążeń wynikających z tego przesłania. Jego mieszkańcy mają, zdaje się, mocno zindywidualizowane sposoby na ułożenie sobie życia. Nieoficjalnie do wnętrza komuny przenikają wszelkie środki odurzające, jakie są i poza nim dostępne. Napotkana przez nas Miriam, dwudziestoparoletnia Niemka, ex-mieszkanka Auroville, nie wydaje się być szczególnie zaobsorbowana poszukiwaniem istoty własnego Ja. Szereg miesięcy mieszkała w Auroville ze swoim chłopakiem, któremu, jak rozbrajająco szczerze stwierdziła, chodziło tylko o seks ("You know, he just open only first chakra and ..."). Miriam znika z guest house'u nie uiściwszy należności za noclegi, coż ...
Na terenie Auroville jest bardzo pięknie. Ku Matrimandir zmierza się mijając perfekcyjnie utrzymane tereny zielone - palmy, pnącza, trawniki ozdobione kwietnymi krzewami, ogromne drzewa o kolumnowo wyrastajacych z najniższych, zawieszonych kilka metrów nad ziemią gałęzi korzeniach podporowych.
Spod Pondicherry dojechaliśmy nocnym autobusem do Kotchi. Po przeprawie promem znaleźliśmy się na półwyspie Fort Kochi. Schodziliśmy Fort Kochi w nocy w poszukiwaniu taniej wyżerki. Następnego dnia wybraliśmy się na niemal całodniową wyprawę łodzią w głąb otaczającej miasto dżungli. Fantastyczne tunele o zielonych ścianach z przeplatających się epifitów, pnączy, pióropuszy palm obwieszonych dziwnymi owocami, okwieconych czerwono krzewów przemierzamy płynąc łodzią sterowaną i napędzaną przez Hindusa za pomocą długiej bambusowej żerdzi. Większość drogi mija w deszczu, pod kolorowymi parasolami. Mijają nas przepływając obok, zajęte swoimi sprawami węże, wodne ptaki płynąc rozchylają pokrywający powierzchnię wody zielony kożuch roślinności, pod nim rozgrywa się spokojna podwodna wędrówka ryb. Na wyspie tradycyjny posiłek - ryż i dziwności podane na dużym, kwadratowo przyciętym palmowym liściu.
Przedwczoraj wieczorem opuścilismy Kochi, a wraz z nim stan Kerala u południowo-zachodniego krańca subkontynentu Indyjskiego. Dziesięciogodzinna jazda pociągiem, początkowo w ścisku, na plecakach, w przejściu pomiędzy wagonami (nie daliśmy się wrzucić do pustych wagonów pierwszej klasy) kończy się rano w Mangalore, dużym mieście na zachodnim wybrzeżu Indii, w stanie Karnataka. Nie zatrzymując się przeskakujemy szybko do autobusu, który wiezie nas sześć godzin, 170 kilometrów przez wzgórza Ghatow Zachodnich, by dotrzeć do Kushalnagaru - niewielkiego, dwunastotysiecznego miasta u podnóża wschodnich stoków gór. Góry porośnięte lasem iście tropikalnym, znów palmy, pnącza, także drzewa liściaste. Lądujemy w hotelu Maharadża na wchodnim krańcu miasta Kushalnagar. Dwa kilometry od nas, na wschód od miasta, jest buddyjski klasztor Namdroling, jeszcze dwa kilometry dalej wioski Sera Mey i Sera Jhe - zamieszkują je Tybetańczycy. Skąd się wzięli Tybetańczycy w tropikalnej niemal Karnatace?
Wzięli się naturalnie z Tybetu, który to kraj został zajęty przez Chińskie wojska. Pekińskie radio podało w noworocznej audycji 1950 roku, że Ludowa Armia Wywolenia zamierza w tym rozpoczynającym sie wlaśnie roku oswobodzić Tybet od przenikajacych w jego obszary imperialistów i zreintegrować go z ojczyzną. Do Lhasy, stolicy Tybetu, Chińczycy wmaszerowali 9 wrzesnia 1951 roku po beznadziejnej próbie oporu ze strony Tybetańczyków. Na początek trzy tysiące żolnierzy wymachujących portretami Mao Zedonga. Wkrótce w Lhasie znalazlo sie 20 000 wojska witanego wyzwiskami i pluciem. Początkowo "oswobodziciele" zachowywali się powściągliwie. Zaczęli zaprowadzać własne porządki od budowy szkół, szpitali, dróg, kina. Szpitale, kino i szkoły okazały się być zarezerwowane dla chińskich urzędników i tybetańskich kolaborantów. Mimo wizyty czternastego Dalajlamy w Pekinie u Mao w 1954 Chińczycy rozpędzali się powoli dokonując programowo prób wynarodowienia Tybetańczyków. Kolektywizacja uderzyła w caly naród, lecz nie to było najstraszniejsze. Chińska armia przystąpiła do realizacji propagandowych haseł wyzwolenia Tybetu z oków feudalizmu między innymi poprzez próby zerwania więzi pomiędzy Tybetańczykami a ich religią. W tym celu Chińczycy powszechnie torturowali mnichów i mniszki na oczach spędzanych jako publika Tybetańczykow. Mnisi i mniszki byli zmuszani do publicznych kopulacji, co osiągano torturujac innych, póki tamci nie ulegli. Tysiące niewinnych ludzi rozstrzelano jako "antyrewolucjonistów", przy czym za kule użyte podczas egzekucji placić musiały rodziny zamordowanych. W 1959 roku sytuacja była tak rozpaczliwa i groźna, że Dalaj Lama, duchowy i polityczny przywódca Tybetu, wybrał ucieczkę do Indii, gdzie znalazl schronienie u podnoży Himalajów, w MacLeod Ganj. Po rozwiązaniu tybetańskiego rządu Chiny oglosiły w Tybecie prawo wojenne. Wszelkie próby oporu ze strony rdzennych mieszkańców Tybetu spotykały sie z odwetem na skalę masową. Chciano zastraszyć ludność i w ten sposób zmusić ją do poddaństwa. Tysiące ludzi zostało zabitych, tysiące uwięziono i torturowano. Dla Chińczykow nie było to trudne może także z tego względu, iż tradycyjnie uważają się oni za wyższych wobec mniejszości narodowych w swoim kraju. "Naukowa" teoria nauczana w wielu chińskich szkołach głosi, że Tybetańczycy są ludźmi o niższym poziomie rozwoju intelektualnego, gdyż mieszkając na dużych wysokościach nie mają dostępu do wystarczającej dla prawidłowego rozwoju mózgu ilości tlenu. Wobec rosnącej liczby aresztowanych powstały obozy przymusowej pracy, a także obozy śmierci, gdzie więźniów głodzono i torturowano. Podczas pierwszych dziesięciu lat chińskiej inwazji około 1,2 miliona ludzi zginęło w Tybecie z powodu głodu, tortur, rozstrzelania. Jednak w roku 1966 nastały dla Tybetańczykow czasy jeszcze gorsze. W roku tym oddziały Czerwonej Gwardii zaczęły realizować na terenie Tybetu stworzony przez Mao plan "rewolucji kulturalnej", który sprowadzał się do likwidacji "czterech przestarzałości": starej ideologii, kultury, nawyków i zwyczajów. Czerwona Gwardia starająca się za wszelką cenę wprowadzić w Tybecie prawdziwy socjalizm dopuszczała sie potworności. Masowe egzekucje i tortury osiągnęły skalę do tej pory niespotykaną. Czerwonogwardziści miotali się po kraju niszcząc klasztory, zmuszając publicznie mnichów do oddawania moczu na święte teksty, umieszczając święte wizerunki w latrynach. Watahy młodych żołnierzy plądrowaly kraj urządzając regularnie masowe gwałty. Ocenia się, że tysiące kobiet w każdym wieku zostało zgwalconych w ramach tego rodzaju akcji, często publicznie, na oczach swoich rodziców, dzieci i sąsiadów, których zmuszano do patrzenia. Okrutny reżim trwał aż do śmierci Mao w 1976 - dziesięć lat. Zamordowano dziesiątki tysięcy Tybetańczykow, miliony fizycznie ucierpiały na skutek prześladowań. Nawet Deng Xiaoping przejmując rządy po śmierci Mao musiał stwierdzić, że "zdarzyła się pomyłka". Sołżenicyn napisał, że rządy Chin w Tybecie to "najbardziej brutalny i nieludzki z reżimów komunistycznych na świecie". Obecnie kontynuowana jest realizacja planu "ostatecznego rozwiązania tybetańskiego problemu". Do Tybetu napływają rzesze chińskiej ludności, których liczeboność wielokrotnie przewyższa obecnie liczebność rdzennych mieszkańców Tybetu. Według Chińskiego Centralnego Instytutu do spraw Narodowości mniejszosci powoli "rozpuszczą się i znikną" pod zalewem chińskich osadników. Chiny na arenie międzynarodowej naturalnie zaprzeczają jakoby akcja miała miejsce, a zagraniczne agencje rozpowszechniające informacje na jej temat oficjalnie określane są przez Chiny mianem kłamców dążących do podzielenia macierzy, marionetek w rękach zachodnich imperialistów.
Otóż większość uchodźców z Tybetu wybierających życie w Indiach zamieszkuje obecnie zwłaszcza w Karnatace. Rząd indyjski umożliwił istnienie półautonomicznej enklawy Tybetańczykow właśnie pod Kushalnagarem. Zmierzając z Kushalnagaru ku enklawie uchodźców mija się, jaszcze w mieście tablicę zawierającą następujący napis: "Caution. Tibetan settlement is protected area. Entry of foreigners without P.A.P. restricted (P.A.P. - Protected Area Permit). Any violation will be prosecuted under The Foreigners Act 1946, punishment: five year imprisonment with fine.", podpisano: "Bylakuppe Police Station, Mysore". Na terenie enklawy nie jest dozwolone pozostawać na dłużej bez specjalnego zezwolenia wydawanego przez rząd (można się w nie zaopatrzyć w Delhi, po wypełnieniu formularza dostępnego w necie - info dla autorów przewodników, zdaje się, że niektóre istotne szczegóły umykają ich uwadze). Dlatego nie mogliśmy nocować na terenach wydzielonych dla uchodźców. Znajdują się tu dwa klasztory, w których mieszka około 5ooo mnichów. Calość populacji Tybetańczyków zamieszkujących w Karnatace to około 35 000 ludzi. Rząd indyjski przekazując uchodźcom część obszarów Karnataki umożliwił im przetrwanie. Co prawda jego koszty początkowo były dosyć wysokie. Uchodźcy po przebyciu podniebnych przełęczy Himalajów, po ominięciu morderczych chińskich patroli, trafili na ziemie o klimacie tropikalnym. Wielu już w następstwie niebezpiecznej przeprawy przez Himalaje stało sie kalekami wskutek odmrożeń. Wydaje się, że to z tego powodu napotkaliśmy tak wielu kalekich ludzi w Mac Leod Ganj, w okolicy siedziby Dalaj Lamy. Dżungla Karnataki musiała zostać wykarczowana pod osady i pola uprawne, wielu uchodźców zginęło od chorób, które w Tybecie w ogóle nie są spotykane. Być może Dalaj Lama przebywa ciągle w MacLeod Ganj z uwagi na napływających jeszcze uchodźców z Dachu Świata.


Dopiska z 9 listopada:

Tekst ten pisałem na dwie tury. Większość powstała w sąsiedztwie klasztoru w Sera Jhe, skąd musiałem się wydostać pośród zapadających ciemności, by dotrzeć przed nocą do Kushalnagar, gdzie trwał całodzienny strajk Hindusów, zpowodu którego zamknięto całe miasto. Tekst uzupełniłem już po powrocie. Chciałoby się powiedzieć "w domu". Po podróży nie jestem jednak pewien gdzie jest ten dom. Może tam gdzie ja? Po naszym spotkaniu z tybetańskimi uchodźcami pozostał mi w pamięci wyraźny obraz bajecznie kolorowych malowideł, które pokrywały ściany świątyń i klasztorów wybudowanych w Karnatace, niezwykle głęboko zapadła mi w pamięć muzyka, którą mogłem usłyszeć podczas wizyt w Sera Jhe i w klasztorze Namdroling, obok Złotej Świątyni - coraz wyższe, wibrujące dźwięki podobnych do klarnetów instrumentów, w tle coraz szybszy stukot niewielkich, trzymanych przez mnichów w jednej dłoni bębenków, nagłe uderzenia wilekich gągów i półtorametrowej średnicy, wiszących pionowo we wnętrzach klasztornych sal bębnów, niskie i głębokie, głośne, długie i przejmujące grzmoty wielometrowej długości, kładzionych na posadzkach trąb. Wszystko to w przerwach pomiędzy odczytywanymi na zgromadzeniach mnichów i głośno powtarzanymi mantrami, świętymi tekstami. Wieczorem w specjalnie w tym celu wybudowanym miejscu odbywają się filozoficzne, czy może religijne debaty na temat niemal całodziennych lektur. Argumentacje podkreślane są uderzeniami dłoni, klaśnięciami, przytupywaniem.

Tekst powstał głownie z powodu i na bazie doświadczeń osobistych, jednak dla osób nie przekonanych co do wiadomości podanych w tekście, w szczególności tych, które dotyczą przebiegu chińskiej okupacji w Tybecie, podaję źródła, które wykorzystałem pisząc tekst jeszcze w Sera Jhe:
1. "The Auroville Handbook", 2005;
2. Powers J., "Wprowadzenie do buddyzmu tybetańskiego", tłum. Joanna Janiszewska, Kraków 1999

Long Live to Tibet, Long Live to Dalai Lama.

wtorek, 30 października 2007

Kasia

Indie - napis rozmywa sie w strugach deszczu, splywaja barwy henny, cynamonu, zieleni. Kerala za srebrna zaslona deszczu...jeszcze tylko tydzien podrozy przez te czarujace ziemie. Bezustannie jestesmy mokrzy, dreszcze zaczatkow grypy, zmieniona barwa glosu przez chrypke, poszukiwanie aspiryny. Wszechobecna wilgoc i plesn na ubraniach, pachniemy stechlizna. Deszcz i potezne fale oceanu przed ktorym czuje respekt. Gdy wchodze z rozszalaly ocean musze zachowac czujnosc, smieje sie jak dziecko lecz uwazam jak dorosla kobieta. Plaza pokryta jest warstwa srebrnych malenkich ryb, na plazy rosnie samotna palma, ktora ocalila zycie pewnemu mezczyznie...Niedaleko nas proba zrealizowania utopijnej wizji komuny w sercu ktorej majestatycznie tkwi wielka zlota kula - miejsce medytacji. I my mamy okazje znalezc sie w jej cichym wnetrzu. Po raz pierwszy w Indiach panuje absolutna cisza w ktorej zapadam sie, trwa to 10 minut. Wychodzimy ze zlotej kuli, wychodzimy z wyciszonego miejsca podpartego na wysokich, ascetycznych, bialych kolumnach. Nocujemy w bambusowych chatkach na wysokich filarach, wchodzimy do tej wilgoci po drabinie z drewna i sznura, przed nami widok na Ocean. Dzien na motorach po kretych i dzikich uliczkach Aurovill.
Indie - napis z owocow morza, z muszli i sladow krabow na piasku, napis ze skory weza i pior czarnych krukow, napis, ktory rozmywa sie w strugach deszczu.
Kochi - plyniemy lodzia kanalami przecinajacymi dzungle, pada deszcz. Skryta pod kolorowym parasolem skladam poklon przed blyszczaca od kropli dzika przyroda, przed drzewami porosnietymi mchem i paprocia, przed woda pokryta warstwa zieleni. Gesia skorka na ciele i piekno wokol...

adas (from czech republic) :D

JAk dotrzec do Indii

Przed wyjazdem:
Prosto.Trzeba se kupic bilet na samolot. Potem trzeba se zalatwic wize.A potem sie zaszczepic, bo tu jest ponoc mnostwo chorob i bardzo latwo tu wogole czlowiek zachoruje. Zadrapanie grozi amputacja, a zywienie sie miejscowym daniem bolescmi zoladka. I trzeba rowniez zaczerpnac fundowanzch informacji. Wogole to tu nie jest miejsce dla Europejczyka. Bialy czlowiek przezywa z butla wody na pograniczu wykonczenia. Hindusi kradna co widza i calkowite poruszanie sie po ulicach grozi zaginieniem, zbiciem czy nawet czyms gorszym. Jest brud, bieda malaria, infikowane toalety, agresywni ludzie i zwierzeta i pogoda.


Przyjazd:
Przylatuje do Bombayu. Po kilku krokach ze samolotu staje z otwartymi ustami, starajac sie zaczerpnac powietrza. Po plecach mi scieka strumyczek potu, jest tu niewyobrazalna roznica wilgoci powietrza. Dzielnie pokonuje urzednikow indyjskich, wlasciwie nie patrza na wize i tylko sie pytaja jak sie mam i skad jestem. Dziwne. Wychodze przed lotnisko, a tam hindus, chcac zaprowadzic mie do taksowki, chwyta mie za ramie. Z przerazeniem patrze do jego zoltych oczu.Ha! Zoltacka, mysle se z przerazeniem! Ale bedac dzielnym chlopcem biore taksowke, zeby mie zawiozla na busa. Hop do busa, trzy godzinki jazdy autobusem jak nic i jestem u swych polskich przyjaciol! Jestem wykonczony. Indie sa strasne!

Po przyjezdzie:
Wlasciwie tu nic ciekawego. Pierwszy dzien se zdarlem noge, normalnie jak w domu. Ludzie strasnie przyjazni i zycliwi.Wsedzie Coca cola. Nudle. Omelety. Piwo 20 koron. Nie warto jechac Do Indii po piwo, trzeba jechac do Czech. Jem tutaj wsystko, najlepse jedzenia wprost z czarnych rak hindusow. Autobusy, wiezowce, troszke tu cieplej niz u nas. Ha! Toalety czyste i umyte, a zwierzeta mile a jakos sie tu czuc bezpieczniej niz w domu w lozku (swoim). HA! Jestem ja wlasciwie w tych INDIACH???

niedziela, 28 października 2007

brzenczu

Dotarlismy do Kotchi na zachodnim wybrzezu Indii. Podroz trwala cala noc - z nad Zatoki Bengalskiej po Morze Arabskie. Teraz siedze w kafejce jednej ze starokolonijnych uliczek na polwyspie FortKotchi. Miejsce to pelne gotyckich kosciolow, willi, uliczek z latarniami prawie w ogole nie przypomina Indii. Jest nas juz osemka - poza Adamem dolaczyla do nas Kasia - Polka poznana w Auroville. Katarzyna jest osoba wiecznie usmiechnieta, po Indiach podrozuje samotnie od 2 miesiecy. Poznalem ja w chatce z telefonami. Gdy poinformowalem wlasciciela telefonu, ze chce zadzwonic do Polski Kasia spojrzala na mnie z pytaniem "Poland?!!!"
Wczoraj wieczorem bylismy w teatrze ludowym Kathakali. Sprawa bardzo ciekawa - pole do popisu zostawiam tutaj naszej Ewelinie - znawczyni sztuk teatralnych
Ja sam opowiem co przytrafilo mi sie jeszcze na plazach Auroville pare dni temu...

Poszedlem poznym wieczorem na plaze posluchac szumu Oceanu. Zblizala sie pelnia - fale byly bardzo wysokie. Plaza byla pusta, ciemna i ten odglos wody wdzierajacej sie w lad.
Sam nie wiem jak to sie stalo, ale w chwile pozniej biegalem po piasku jak szalony z grupa osmiu tamijskich polawiaczy krabow.
Na piasku, najczesciej na granicy zasiegu fali, jesli dobrze sie przypatrzec, dostrzec mozna male bulgotajace dziurki. Tamijczyk wie, ze metr, moze poltorej ponizej tego otworku zyje sobie dorodny krab. Podbiega zatem z zakrzywiona lopata i niezwykle dynamicznymi ruchami wykopuje dol na odpowiednia glebokosc. Zaraz potem wskakuje caly do otworu i wsadzajac reke w odsloniety na dnie tunelik, probuje wyczuc uciekajacego w glab piasku kraba.
Biednemu zwierzaczkowi nie pomoga nawet dorodne szczypce - tamijczyk dobrze wie jak go wyciagnac.
Zaraz po tym nieszczesny krab laduje pod jego stopa - teraz rzecz najbardziej krwawa - i pozbawiony zostaje swych niebezpiecznych konczyn. Poczawszy od tej chwili az do smutnego konca w hinduskiej kuchni, zyc musi wraz z dziesiatkami towarzyszy niedoli w materialowym woreczku.
Jesli krab jednak jest szybszy i uda mu sie wyskoczyc na czas z jamki zaraz ucieka do morza. Tamijscy przyjaciele przewidzieli i taki scenariusz. Jeden z nich, w samych szortach, parasolem blokuje dostep do morza. Nie dosc ze biegnie za krabem siedmiu hindusow to jeszcze i z przodu jeden zaslania droge ucieczki.
Tak spedzilem uroczy wieczor w towarzystwie niueustannie biegajacych polawiaczy krabow, zapalilismy papieroska, bylo niezle.

czwartek, 25 października 2007

brzenczu


nasz bohater Olek w Oceanie

powitanie ciapata i sola Adama Lipowskiego w Ponducherry


Jacek w drodze do Auroville


w drodze do Auroville Ewelina i Adam
widok z naszej bambusowej chatki

Dlaczego Olek jest bohaterem?
Otoz najspokojniej w swiecie zazywal kapieli, gdy nagle podbiegl hindus i wskazujac palcem w strone Oceanu zaczal krzyczec, ze tonie chlopiec. Olek bez chwili wahania rzucil sie w spieniona ton Oceanu. Nasz "zwyczajny niezwyczajny" Olek z trudem przebijal sie przez wysokie fale...ale udalo sie. Po chwili wszyscy na brzegu bili brawo a sam Olek udekorowany zostal przez nas wieczorem naszyjnikiem z kwiatow.
Naszyjnik dostal sie tez Adamowi Lipowskiemu - naszemu czeskiemu przyjacielowi. Adam dojechal do nas wczoraj i towarzyszyc bedzie nam juz do konca wyprawy. Co ciekawe jedna z ostatnich osob, ktore zegnaly nas w Polsce byl wlasnie Adam. Wyjechalismy w ostatni dzien naszego siemianowickiego Miedzynarodowego Pleneru Artystycznego "Swieto Sztuki" w ktorym Adam uczestniczyl. Powitalismy naszego przyjaciela w Ponducherry na dworcu autobusowym tradycyjna ciapata i sola.
Juz za chwile jade na medytacje do samej komuny Auroville. Pozdrowienia szczegolnie dla wszystkich Ocochodziczanow - jak wrocimy zrobimy takie akcje, jakich swiat nie widzial.

poniedziałek, 22 października 2007

brzenczu

Mieszkamy w bambusowej chatce na palach tuz nad Zatoka Bengalska. Gdy rano otwieramy malutkie drzwiczki, zaraz widzimy pare nabrzeznych palm i niekonczacy sie Ocean. Wlasciwie gdybysmy wyplyneli wplaw, pierwszym napotkanym ladem byloby Borneo. Droga, ktora przywiodla nas do tego rajskiego miejsca pelna byla nieoczekiwanych zwrotow akcji i nawet gdybym sie bardzo staral nie potrafilbym wymyslec takiego scenariusza.
A wszystko to za sprawa Petera Janusza - angielskiego prawnika od nieruchomosci. Ale po kolei...
Z Madrasu, po nocy spedzonej w miare czystym hotelu, udalismy sie w podroz do Pontycherry. Nadmorska ta miejscowosc slynie z niezwykle licznych sladow z okresu kolonii francuskiej. Na ulicach miasta stoja gotyckie swiatynie, czesc mieszkancow zna jezyk francuski.
Juz sama droga byla dla nas czysta przyjemnoscia. Palmy, zachodzace slonce, schludna autostrada (o dziwo) no i ocean po naszej lewej stronie. Samo Pontycherry okazalo sie rowniez wielkim miastem - my pragnelismy spokoju. Pierwsza rzecza jaka zrobilismy po wyjsciu z autokaru bylo wynajecie tuktuka, ktory zawiozl nas nad brzeg oceanu, na plaze. Plan: zjesc cos, znalezc nocleg. Tak tez trafilismy do duzej restauracji pelnej hindusow. Przy piwku i rybach nie wiedzielismy kiedy czas zlecial - byla dwudziesta trzecia. Hm...troche pozno na szukanie hotelu. Kiedy ktos z nas powiedzial, ze w takim razie przejdzmy sie plaza, a kiedy bedziemy zmeczeni po prostu sie przespimy na piachu...zaczal padac deszcz. Zjawisko to pogodowe ostatnio mielismy okazje obserwowac poltora miesiaca wczesniej - w Delhi.
Gdy siedzielismy przy stoliku obserwujac jak taras powoli zamienia sie w basen kapielowy, nagle w strudze deszczu ze wzniesionymi ku niebu rekoma pojawila sie postac mezczyzny - sredniego wzrostu, w wieku okolo 45 lat. Otoz byl to Peter Janusz.
Z pogodnym usmiechem na twarzy podszedl do nas i zapytal skad pochodzimy. Wkrotce okazalo sie, ze z Polski pochodzil jego ojciec (zawirowania wojenne sprawily, iz dotarl on do Menchesteru) i ze on sam odwiedzil nasz kraj w poszukiwaniu swych korzeni. Opowiadal, ze jako pierwszy czlonek swej rodziny po szescdziesieciu latach zobaczyl dom rodzinny swego ojca. W koncu zapytal gdzie spedzamy noc. Gdy odpowiedzielismy, ze nasze plany nie sa jeszcze sprecyzowane, zaproponowal abysmy przylaczyli sie do niego.
Peter Janusz pracuje w Chennai jak prawnik - szkoli hindusow w dziedzinie prawa nieruchomosci. W ramach krotkiego odpoczynku postanowil wybrac sie na wycieczke wlasnie do Pontycherry. Nie byl sam - mial wokol siebie szesciu hinduskich przewodnikow ktorzy dbali aby tego wieczoru sie nie nudzil. Hm...dlaczego nie mielibysmy spedzic tego wieczoru z Peterem.
Pierwszym miejscem gdzie pojechalismy trzema klimatyzowanymi samochodami byla... hinduska dyskoteka. Znaliezlismy sie w podziemiach kurortu na obrzezach Pontycherry. O dziwo wszyscy bawiacy sie na parkiecie goscie byli plci meskiej. Jak sie okazalo w tym rejonie Indii to norma. Kobiety nie chadzaja na spotkania towarzyskie - sa seperowane. Tak wiec Ewelina, Kasia i Alicja byly niespotykana atrakcja dla tanczacych hindusow. Kolo drugiej w nocy pojechalismy do hotelu. Szok. Znalezlismy sie w kurorcie najwyzszej klasy. Juz po 10 minutach wszyscy plywalismy w basenie pod palmami (i pomyslec ze w Polsce podobno padal smiezek). Tak tez splynal czas do prawie samego rana - do 5.
Nastepnego dnia wielki jeep ustrojony egzotyczna roslinnoscia zawiozl nas na przedmiescia Auroville, gdzie tez wraz z Peterem zjedlismy sniadanie. Czlowiek ten jest kolejna niezwykla osoba na naszej drodze. Caly ten czas traktowal nas jak swoich gosci, nie mielismy szansy za nic zaplacic. Z usmiechem na twarzy powiedzial, ze jesli kiedys w przyszlosci znajdziemy dobra prace i spotkamy na swej drodze ludzi z plecakami, powinnismy im pomoc. Po sniadaniu my postanowilismy zostac w tym miejscu - Peter jechal dalej. Idac w strone plazy okazalo sie, ze jest to miejsce niezwykle. Mala wioska z bambusowymi chatkami, rybacy, plaza. Spedzimy tu pare dni tym bardziej, ze pare kilometrow stad jest miejsce, na ktorym w Indiach najbardziej mi zalezalo - komuna Auroville. Pozdrowienia

sobota, 20 października 2007

zdjecia z ostatnich dni


wkrecanie tuk-tukarza w tuk-tuku, brzenczu


turystyka alternatywna Ocochodzi (Taj Mahal)


Jacek w pociagu Varanasi - Chennai


Alicja w pociagu Varanasi - Chennai


poranek na Gangesie (Varanasi) Olek, Kasia i Jacek


negocjacje z tuk-tuk(arzem) - Jacek


Katarzyna podczas podrozy Varanasi - Chennai (Madras) 40 h w pociagu


Varanasi - Ghaty


Varanasi - rytualne kapiele

Jacek

Indie (wlasciwie Republika Indii) sa najwieksza demokracja na swiecie, jesli wziac pod uwage liczbe ludnosci kraju - ponad miliard i sto milionow. W zyciu codziennym Hindusow zywe jest jednak ciagle to, co w Europie nazywa sie systemem kastowym. W najwiekszym uproszczeniu mowa jest o czterech kastach: braminach, kszatrijach, wajsjach i siudrach. Do tych ostatnich bywaja zaliczani niedotykalni. Jesli nie uciekac sie do takiego uproszczonego obrazu rzeczywistosci okazuje sie, ze istotniejsze znaczenie maja znacznie bardziej zroznicowane tzw. dzati, do ktorych przynaleznosc zwiazana jest mocniej z rodzajem wykonywanego zajecia, slabiej z dziedzicznoscia. Czlonkowie roznych kast, czy dzati, w praktyce posiadaja status spoleczny nierzadko tak rozny, ze przeczacy, jak sie wydaje, ideom demokracji (wolnosc i rownosc). Malo kto zdaje sobie sprawe, ze procz wspomnianych codziennosc indyjska wyraznie wyznacza istnienie czegos w rodzaju piatej kasty. Kasty turystow. Turystow traktuje sie inaczej. Powszechnie akceptowana sprawa jest funkjonowanie dwoch systemow cenowych. Wyludzanie pieniedzy od turystow, celowe dezinformowanie ich, notoryczne oklamywanie nie uchodzi wsrod wiekszosci Hindusow za karygodne. Przeciwnie. Jest dobrym sposobem na zycie, zarabianie pieniedzy, czy tez, jak okreslil to spotkany w Abu Road Inder Dan, wyszarpywanie pieniedzy. Nasz spotkany w Abu Road gospodarz farmy w Mt Abu, gdzie spedzilismy noc zamknieci w niewielkiej izbie, ktorej sciany uchronic nas mialy przed niebezpieczenstwem ze strony dzikich zwierzat (niedzwiedzi i leopardow), jest postacia ze wszech miar wyjatkowa. Wydaje sie, z przenikniety jest rzadko spotykana wsrod Hindusow swiadomoscia moralna, zwlaszcza w kontekscie spolecznym, co zbliza go do szeroko pojetego humanizmu, za ktorego zrodlo zwyklismy uwazac Europe. Jest mezczyzna juz ponad szesdziesiecioletnim (choc moze, kto wie, starszym jeszcze), bylym marynarzem, ktory w swym dlugim zyciu zawital niemal do wszystkich krajow Europy, zwlaszcza wschodniej, w tym takze, przejazem, do Warszawy. Jest takze zabojca pietnastu tygrysow - zabojcow ludzi, bylym polawiaczem perel, fotografem amatorem (niezlym), jest pisarzem bajek, powiesci, tworca poematow i oper, takze w jezyku angielskim, sporadycznie aktorem i rezyserem, ateista, ma niezrownane poczucie humoru. Ostatnio farma jego sluzyla za osrodek, w ramach ktorego staral sie umozliwic kilkunastu sierotom przygotowanie do normalnego zycia. W Indiach sieroty nie maja przyszlosci. Jego przedsiewziecie, niestety, upadlo. Z braku finansow. Po nocy spedzonej na farmie wspinamy sie na otaczajac ja skaly i znajdujemy jaskinie, w ktorej Inder mieszkal przez osiem lat, prawdopodobnie zanim na farmie pojawily sie zabudowania. Przepiekna przyrodniczo okolice farmy w Mt Abu otaczaja swiatynie dzinijskie, sikhijskie, wisznuickie, siwaickie, niedaleko jest jakis niewielki kosciol katolicki.
Wracajac do kwestii turystow. Miastem, w ktorym oszukancza bezczelnosc naganiaczy i handlarzy wyrosla do mocno irytujacych rozmiarow jest oslawiona Agra. Znajduje sie tutaj najslynniejszy na swiecie pomnik wystawiony z milosci do kobiety - Taj Mahal, grobowiec przedwczesnie zmarlej zony SzachDzachana, Mumtaz Mahal. Biale mury kunsztownie zdobionej budowli wznosilo przez ponad dwadziescia lat okolo dwudziestu tysiecy ludzi. Istnieje przekaz, ze po zakonczeniu budowy odcieto im prawe dlonie lub kciuki, by nie mogli nigdy powtorzyc budowy rownie olsniewajacego swiadectwa architektonicznej inwencji. Wedlug innego przekazu SzachDzachan kazal oslepic architekta, by ten nie mogl powtorzyc sukcesu rownie spektakularnego jak Taj Mahal . Sa i inne powody, dla ktorych widok Taj Mahal budzic moze odczucia mocno mieszane. Wspomnialem juz o bezczelnosci naganiaczy i handlarzy wciskajacych najrozniejsze pierdulki kazdemu przechodzacemu turyscie, proponujacych ceny czesto dwudziestokrotnie przekraczajace wartosc oferowanych towarow, nie dajacych sie odpedzic predzej niz po kilkunastu jasno wypowiedzianych odmowach zakupu. Wstep na teren oslawionego sanktuarium pociaga za soba koniecznosc uiszczenia ogromnie wygorowanej oplaty. Z tego, co wyczytalem przed wejsciem jest to 5 $ i 750 rupii. Naturalnie oplata ta dotyczy tylko nie-hindusow. Miejscowi moga napawac sie widokiem bialych murow slynnego grobowca za jedyne 20 rupii. Chyba dlatego w kilkiusetmetrowej kolejce przed wrostami prowadacymi w kierunku marmurowego sanktuarium zdecydowanie przewazaja Hindusi. Europejczykow widze kilku. Trzeba wspomniec, ze zupelnie nie funkcjonuje wsrod Hindusow to, co moglibysmy w Europie okreslic jako kulture zwiedzania. Bedac w Mt Abu zaobserwowalismy to odwiedzajac kompleks swiatynny Dilwara. Znajduja sie w jego obrebie dzinijskie swiatynie, z ktorych najstarsza zbudowana zostala w XII (lub XIII?) wieku. Sciany marmurowych swiatyn, arowno od zewnatrz, jak i od wewnatrz, pokryte sa niesamowita iloscia filigranowych rzezb o oszalamiajacj, niwiarygodnej wrecz kunsztownosci cechujacej zwlaszcza wykonanie miriadow detali. Tutejsi zwiedzajacy nie wachaja sie wciskac paluchow w niewielkie otwory rzezbien (w jakim celu? - to dla mnie tajemnica), sprawdzac szarpaniem wytrzymalosc filigranowych kolumienek podtrzymujacych miniaturowe, cudowne plaskorzezby mitycznych postaci i korowodow sloni, siadac na nieomal tysiacletnich postumantach, oblapiac naturalnej wielkosci postaci bogin, by ladnie wygladalo w rodzinnym albumie (w srodku nie wolno robic zdjec). Wszystko odbywa sie przy niemej akceptacji ze strony pracownikow obslugujacych turystyczne aspekty swiatynnego kompleksu. Dobrze przynajmniej, z nie pluja betelem na marmurowe posadzki. Podejrzewam, ze sprawa moze przedstawiac sie podobnie w wnetrzu Taj Mahal. Podejrzewam, bo nie wchodzimy do srodka. Za to udajemy sie wzdluz murow na druga strone Taj Mahal, tam, gdzie plynie Jamuna, swieta rzeka Hindusow, bioraca poczatek w Himalajach, przeplywajaca przez Delhi i Agre, wpadajaca do Gangesu. Brzeg rzeki z Taj Mahal w tle wyglada tragicznie. Na calej jego dlugosci, z obu stron, pas smieci. Jesli chodzi o czystosc wody to wydaje mi sie, ze predzej zdecydowalbym sie na kapiel w katowickiej Rawie, niz w tutejszej Jamunie, choc ta ostatnia, trzeba przyznac, smierdzi nieco mniej intensywnie. Ale jej powierzchnia upstrzona jest najrozniejszymi odpadkami, wodny odmet niesie nieoczyszczone w zaden sposob, rozcienczone odchody mieszkancow calej Agry. Oto otoczenie jednego z siedmiu cudow swiata, wspanialego Taj Mahal. Czym predzej opuscilismy miasto najbezczelniejszych naciagaczy w Indiach zmierzajac ku swietemu Benares, jednemu z najstarszych zamieszkanych miast na swiecie.
W Benares panuje dusznosc przesiaknieta dymem stosow pogrzebowych, chmurne niebo zlewa sie w oddali z majestatycznie sunacymi wodami swietego Gangesu. Benares opuszcamy po kilku dniach przemieszcajac sie koleja na poludnie ku Madrasowi. Ponad dwa tysiac kilometrow pokonujmy w niespelna dwie doby. Madras jest kolejnym miastem, w ktoryym dlugo nie zabawimy. To po prostu duza metropolia. Dzis jedziemy dalej na poludnie, do Pondicherry, gdzie mamy zamiar odnalezc droge do Auroville, dawnej komuny naroslej, o ile sie nie myle, wokol miejsca pobytu Sri Aurobindo.
Specjalne pozdrowienia dla Wojtka Pastuszki (dzieki za info!).

brzenczu

19.X.
w pociagu Varanasi - Chennai (Madras)
Za zakratowanym okienkiem zar splywa na indyjska ziemie. Cos sie zmienilo - nie sa to juz widoki jakie towarzyszyly nam na polnocy. Teraz widzimy palmowe lasy, pola ryzowe, male wioski - wszystko zatopione w niezykle intensywnej zieleni. Jest pieknie. I choc jeszcze go nie widze, wiem, ze tuz za horyzontem rozbija sie Ocean Indyjski.
My sami zajmujemy przestrzen na wzor przedzialu - jednak bez scianki odgradzajacej nas od reszty wagonu (tak jak ukrainskie plackartne). Po obu stronach pseudoprzedzialu znajduja sie po trzy lezanki. Nad glowa wisza trzy ogromne wentylatory. Spedzilismy tu juz dwie noce - jedziemy dalej.
Po przeciwleglej stronie do naszego zakratowanego okienka - doslownie na wprost naszych nog lezy sobie hinduskie malzenstwo. Ludzie mlodzi, nieszczesliwi. Sa razem, ale jakby byli osobno - kazdy z nich patrzy w okienko, nie rozmawiaja.
Hinduskie malzenstwa sa czyms na wzor kontraktu. To rodzice podejmuja decyzje kierujac sie czesto korzyscia materialna - do tego jeszcze zasady kastowosci (malzenstwa zawierane sa tylko pomiedzy czlonkami tej samej kasty). Czesto mloda para poznaje sie dopiero tuz przed sama ceremonia. Ci wlasnie nasi towarzysze podrozy nie wygladaja na szczesliwych - ten kontrakt nie przyniosl chyba nic dobrego. Jeszcze w Jaisalmerze kiedy siedzielismy wieczorna pora na murach twierdzy, przysiadla sie do nas grupka hindusow (wsrod nich fotograf Kuku - bardzo pozytywna dusza). Rozmawialismy o roznicach kulturowych - jest ich wiele. Kiedy dotarlismy do kwestii malzenstwa i zgody na decyzje rodzicow co do wyboru partnera, z ich sposobu przedstawiania tej kwestii wynikalo, ze w pelni akceptuja te praktyki. Podkreslali, ze czas na fascynacje, zaloty i znajomosci damsko - meskie przypadaja na okres mlodzienczy, potem, gdy zaczyna sie bardziej odpowiedzialny okres zycia trzeba myslec praktycznie. Ktoz chce bardziej szczescia swoich dzieci niz rodzice - to oni wiedza co dla ich dzieci jest najlepsze. Nieco pozniej - juz tylko w naszym polskim towarzystwie zauwazylismy, ze sposob spedzania czasu hindusow nie daje praktycznie mozliwosci zawieraniu znajomosci damsko - meskich. Nie ma pabow, gdzie wszyscy beztrosko rozmawiaja, wszelkie objawy sympatii pomiedzy przedstawicielami przeciwnych plci sa spolecznie pietnowane. Nie mozna trzymac sie za rece, mezczyzni spedzaja czas z mezczyznami, kobiety z kobietami (tak swoja droga feministki mialyby tu naprawde duzo roboty). Hm...moze dlatego jakos to tutaj jeszcze funkcjonuje.
W kazdym badz razie para siedzaca naprzeciwko nas byla naprawde nieszczesliwa.
Za oknem pojawiaja sie jakies zabudowania. Olek szuka nazwy miejscowosci na mapie z nadzieja, ze po trzech dniach w koncu wezmie prysznic.
Pociag sunie dalej.

20.X
Chennai (Madras)
Indie odslona druga
Uff...mlyn totalny. Znowu czujemy sie zagubieni jak na samym poczatku w Delhi - szok. Poludnie jest calkiem inne. Prawie nikt nie rozmawia po angielsku. Przewodnik Lonely Planet, ktory niewatpliwie pomogly nam rozeznac sytuacje, zaginal. Stoimy w srodku rozszalalego, ogromnego miasta. Choc rynsztoki zapelnione sa podobnie jak na polnocy, jest czysto. Nawet tuk-tuki wygladaja jakos schludniej. Wszyscy rzucilismy bagaze kolo jakiegos skrzyzowania, w cieniu. Teraz ja i Jacek idziemy rozeznac sytuacje co do hotelu, cen, transpotu. Koszulki przyklejone sa do naszych cial - zar sie leje z nieba. Nie myci od trzech dni rolujemy brud z dloni. Jest wilgotno i goraco.
Idziemy 2 godziny w poszukiwani kafejki internetowej gdzie chcemy zaczerpnac podstawowych informacji. Przechodzimy przez dzielnice papaiernicza - setki sklepow z zeszytami, dzielnice prawnicza - sklepy z literatura prawnicza, itd. W koncu wracamy. Umeczeni ze szczatkowymi informacjami. Trafiamy do hotelu. Jakis gruby hindus lezy na w brudnej norze na lozku - oto nasz pokoj. Idziemy dalej za naganiaczem - o dziwo prowadzi nas do czystego hotelu - zostajemy. Jest inaczej, jestem zafascynowany - kocham takie chwile.

wtorek, 16 października 2007

ewelinnn

Varanasi

Kobieta w rozowym calunie lezy na stosie.
Maly chlopiec, ubrany w biale szaty, prowadzony przez starszego mezczyzne, ma za zadanie jako pierwszy podlozyc ogien. Inicjacja Niedotykalnego? Niewiemy, widzimy jednak, ze bardzo sie opiera podchodzac do stosu na swoich cienkich, dzieciecych jeszcze nogach.
Chlopiec podklada ogien.
Grupa mezczyzn stojaca obok pomaga mu w tym, bedac podpora dla malego, niedoswiadczonego w tym fachu dziecka. Na pomoscie, kilka krokow dalej, grupa innych mezczyzn rozpoczyna gre na dziwnych instrumentach. Raz szybciej, raz wolniej, raz ciszej, raz glosniej. Bum bum, bum bum, bum bum, bum bum- rolega sie odlos bebna, niczym bicie serca kobiety w rozowym caluie, niczym bicie serca przerazonego chlopca, niczym bicie serca szlochajacego mezczyzny, rozpaczajacego po smierci zony, moze matki.
Kobieta w rozowym calunie pali sie.
Jej dlugi warkocz zajmuja plomienie. W powietrzu unosi sie swad spalonych wlosow, wymieszany ze slodkawym zapachem kadzidel. Mezczyzni na pomoscie wpadaja w trans. Instrumenty graja coraz szybciej i szybciej. Odglos dzwonow miesza sie z rytmem bebnow. To wszystko wyglada teraz jak mechanizm, ktory ktos wprawil w ruch jednym pociagnieciem sprezyny. Bum bum, bum bum, az do wyczerpania sie baterii...
A kobieta pali sie.
Jej glowa staje w plomieniach. Jej dlonie pokrywaja sie sadza. Jej stopy nikna i nikna w plomieniach. Mezczyzni- Niedotykalni zwawo gestykuluja, chlopiec juz spokojniejszy, obserwuje moment przemiany ciala w proch, mezczyzna szlocha nad brzegiem Gangesu, pocieszany przez innych.
A kobieta plonie i plonie.
Ogien tanczy na jej skorze w rytm bebna, bum bum, bum bum, rytm sie spowalnia, bum bum, kobieta splonela, bum bum, kotara tej wielkiej sceny zasuwa sie. A my podazamy dalej.

poniedziałek, 15 października 2007

Olek B

Epilog - Interludium

Epitafium podrozy

Zanuzamy sie w Gangesie, szarym-bezowym Gangesie. Slonce usilnie stara sie wyjzec zza gestych szarych chmur, oparow unoszacych sie nad miastem. Blekit nieba, widoczny gdzieniegdzie, nie jest nawet tak blekitny, zielen na odleglym brzegu Rzeki nie jest tak zielona. Zanuzamy sie sie w szarosci i bezu; w smieciach, odchodach, cienkiej warstwie pylu unoszacego sie na powierzchni sporadycznie poprzetykanego nadpalonymi kwiatami. Prochy, niedopalone, geste, przykrywaja tafle jak geste lepkie powietrze nad miastem. Rzeka spokoju, smierci. Plonace stosy, niewielkie ogniska na brzegu, ogien oczyszczenia, wysylajacy wszystko to, co po nas pozostaje w niebyt. Dym ostry, piekacy w oczy, unosi sie ku niebu, ogarnia miasto, przenika jego szare zniszczone mury, bladzi uliczkami, brudnymi, cuchnacymi uliczkami, przenika do pluc, oblepia wszystko, przydusza, przytlacza. Tu zycie i smierc laczy sie najwyrazniej, najbardziej doslownie. W rytm ognia, wiatru, wody. Kolo zycia i smierci pulsuje, obraca sie w szarym ponurym marazmie codziennosci. Od 3000 lat; w kolo, jak wieczny ogien w mrocznej wnece domu, umieralni, gdzie czekaja na smierc starzy, schorowani, osieroceni, bez rodzin i nadzieji. A moze wlasnie z nadzieja i wiara na to ze za chwile, za dzien, za tydzien bedzie juz prosciej, lepiej, szczesliwiej. Wieczny ogien od ktorego zapalne sa stosy pogrzebowe posrod zamglonych skupionych spojrzen bliskich, albo w zupelnej samotnosci, plona, zabierajac pozostalosc naszej ziemskiej powloki; w powietrze, z dymem i w wode; ziemista, brudna Rzeke. 2-3 godziny wystarcza zeby niedokladnie spopielic cialo. To co pozostaje unosi sie na wodzie, sporadycznie poprzetykane nadpalonymi kwiatami. Zanurzamy sie w Gangesie, swietym Gangesie; wsrod cial krow, ryb, psow, ludzi, dzieci. Tuz obok, na mulistym zasmieconym brzegu kompie sie ktos, pierze, myje zeby, nabiera wode do miski z maka na chleb. I ponownie zywioly lacza sie w 1. Zycie i smierc, terazniejszosc i wiecznosc, pulsuja naprzemian slabym dusznym agonicznym pulsem karmy.
A rzeczywistosc? Idziemy gatami, wzdluz Rzeki. Suniemy powoli jak malutkie swieczki z resztek wosku na miseczkach z lisci, za 5 rupii. Rzeczywistosc. Chmara dzieci, starcow, zblazowanych mezczyzn krazy, snuje sie jak szarancza wokol nas. Krok za krokiem, ciezko zmeczeni, oszolomieni, brniemy we wturujacych okrzykach "hello", how are you", whre are you from" - deja vu? Jeszcze nie przywyklismy, nie da sie. Nasilenie szaranczy wyjatkowe. Jak komary, drazniace, malaryczne, trzeba sie wciaz odpedzac zeby nie stracic wszelkiej cierpliwosci. 20-30-100 rupii, wszystko na sprzedarz, kazda rzecz, usluga. Jak drewno na stos pogrzebowy, tez za gotowke, plonie w wiecznym ogniu chciwosci. Kolo chciwosci i naiwnosci (a moze bezsily) turystow, napedzajace funkcjonowanie miasta. To chciwosc czy tylko chec przezycia w takich warunkach. W nedzy i ubostwie; w drewnianych, czy metalowych pudelkach-sklepach wychudzeni pulnadzy hindusi; z pordzewialymi dzbaneczkami na malutkich ogniskach przygotowujacy herbate z woda z Rzeki. Jak gliniane jednorazowe miseczki tego napoju, po pare rupii. Masarz, widokowki, swieczki i rzad lodzi przycumowanych, czekajacych na kolejnych turystow i swoj wspanialy rejs. Ciagle "boat", "boat", "boat"?, "only 20 rupies". Cierpliwosc jednak ma swoje granice. Pozostaje jedynie zniecierpliwienie, rozdraznienie, oschlosc i otepienie, przez ktore z trudem dociera brakujacy 5 element, ktory powinien przenikac to miejsce jak przenika go przygnebienie i swad stosow. 5 element- duchowosc, magia, niesamowitosc, mistycyzm. Jednak tez obecny, ale albo dla mnie niezrozumialy, albo przytlumiony "rzeczywistoscia". Melancholijny, monotonny spiew unoszacy sie z meczetow ponad miastem, dzwiek dzwonkow, bebnow i blask plonacych swiecznikow, dymiacych kadzidel w rytm tanca postaci; wiernych, kaplanow, wyznawcow Shiwy, Krishny, Allaha i innych bogow nieswiadomych swego stworzenia. Polnadzy, badz przyodziani w pomaranczowe i zolte szaty mnisi, asceci, szamani, wedrujacy na granicy obu swiatow, w poszukiwaniu pozywienia i nirwany.
Varanasi: na granicy tych dwu swiatow, dosadnie epatujace skrajnosciami, dualizm absolutny, rzeczywistosc balansujaca na granicy wrzechrzeczy; zycia i smierci, nedzy i bogactwa duchowego, brudu i czystosci. Przeciete w pol poteznym Gangesem; styksem Indii; czysciec, raj i pieklo.W pochmornej dusznej atmosferze, jak we mgle, rozplywajace sie nierealnoscia dla nas, europejczykow, odpychajace i przyciagajace zarazem, w niezrozumialy sposob. Szare, bezowe i brudne. Nie kolorowe, roznobarwne, a szare. Tylko czern i biel zmieszana w jednym odcieniu.
Jeszcze tylko setki latawcow, rzucanych podmuchami wiatru, bezladnie, na cienkich niewidocznych linkach trzymanych przez niewidoczne, pochowane na dachach dzieci. Latawce, jakby niepasujace, drobne, barwne plamki, jedyny kolorowy element na szarym niebie posrod krazacych ptakow. I wiatr, ktory wszystko wprawia w ruch; przegania szare chmury, swad spalenizny, orzywia i orzezwia. Bez niego wydaje sie, ze miasto zastygloby w bezruchu, rozplyneloby sie we mgle, znierealnialo, przestalo istniec w wiecznosci. Wiatr, dzieki ktoremu podskakuja radosnie na niebie setki kolorowych latawcow.