środa, 10 października 2007

Pare roznych zdec






To pare zdjec z roznych miejsc, ktore moga pasowac wszedzie :)
W starszych postach zamiescilismy pare zdjec



Kasia

Jaisalmer - przepiekne miasto, ktorego sercem jest XII wieczny fort, fort tetniacy zyciem, krete uliczki po ktorych przechadzaja sie garbate krowy, restauracje, misterne rekodzielo, ziarenko ryzu z wymalowanym imieniem, swiatynie, domy.
Jaisalmer - miasto plonace, miasto zemsty gdyz dzis Hindusi krzycza z bolu domagajac sie kary smierci dla Muzulmanina, ktory 2 dni temu zameczyl i zabil (jadac po trupach traktorem) 22 swiete krowy . Dzis wszystkie sklepiki sa pozamykane, kobiety i dzieci poznikaly z ulic, gdzieniegdzie slychac krzyk tlumu, widac dym i mezczyzn uzbrojonych w kije.
Jaisalmer - noz na pustyni pod ugwiezdzona kopula, wyruszamy w towarzystwie zwarioanego Hindusa. Po drodze spotkanie z jego ojcem z wielka proca, potem jego dom rodzinny na pustyni, a potem juz tylko wydmy, uboga sucha roslinnosc, ogien i gwiazdy. Poruszajace sie cienie na piasku.
Jaisalmer - suche, gorace powietrze zawieszone w okrytarzach najpiekniejszego miasta jakie dotad ujrzalam.
Kolejny Aniol na naszej drodze. Rozlozeni z plecakami czekamy na dworcu autobusowym w Abu Road. Podchodzi do nas mezczyzna w bieli zapraszajac na swa farme. To czysta goscina, nie chce od nas pieniedzy. Czekamy 2 godz. na swiatlo dnia by moc trafic na ten skrawek swiata. Podczas tych 2 godz. Aniol pokazuje nam slajdy z podrozy, wyciaga z torby latarke, oklejona plastrem plastikowa przegladarke do slajdow. Czary sie rozpoczely - obrazy przedstawiaja widoki, ludzi, zwierzeta, sa wspaniale, z podekscytowaniem oczekuje na kolejne (spotkalam swego mistrza fotografii). Nasz Aniol opowiada o sobie, w kolejnych odslonach dowiadujemy sie ze nasz farmer byl marynarzem, flecista, pisarzem, tworca oper, uczniem wyrzuconym ze szkoly gdyz za duzo pytal, mowi, ze mamy powrocic do Indii zanim umrze. Lezymy na dworcu na plecakach pod skrzydlem Aniola.
Farma okazuje sie zarosnietym trzcina cukrowa, truskawkami, kukurydza, pomaranczowymi kwiatami miejscem ze skromnym domem, malym domkiem w ktorym spimy i przedziwnym kregiem z rusztowaniem dachu na ksztalt strzaly wskazujacej niebo. Wokol malownicze gory, lasy zamieszkane przez gepardy i tygrysy, male lustra jezior. Nad nami jaskinia w ktorej mieszkal przez 8 lat nasz przyjaciel w bieli. Jest tu studnia i male palenisko na ktorym "uczen" (tak sie domyslamy) Aniola przygotowuje najwspanialsze posilki.
Dzien uplynal na zachwytach - zachwyt gdy ogladamy misterne koronki rzezb w marmurze dzinijskich swiatyn (swiatynia ukazana w Barace), zachwyt gdy jedziemy jeepem przez te magiczna kraine, zachwyt gdy spogladamy noca w ugwiezdzone niebo.
Indie- napis wykuty w bieli marmuru, napis ze sloni przenoszacych na swych trabach postac, napis ze slodkiego zapachu plonacego drewna, napis z kilkumetrowego materialu z ktorego powstaje turban - spirala mysli.
I jeszcze park w Mt Abu w ktorym za 10 rupi ogladamy dwu minutowy pokaz magii.
Nasz Aniol w kolejnych odslonach opowiada o tym, ze zabil broniac zycia ludzkiego 12 tygrysow, w jego operze wystapilo 40 dzieci, kazde jego slowo jest wazne...
Poranek na farmie - pomaranczowe swiatlo , ziolowa herbata i pozegnanie z naszym dobroczynca. Za 2 godz. wyruszamy w dalsza droge...

Kasia

Droga z Armitsaru do Bikaneru. Nocna podroz pod dachem autokaru. Lezymy za zaslona wpatrujac sie juz w pustynne widoki. Kolejny hotel, kolejny dom.
Bikaner - fort i swiatynie dzinijskie, luksusowy hotel z wielkim wiatrakiem pod sufitem - cma rozwiewajaca suche, gorace powietrze. Wieczory na dachu z ktorego rozciaga sie widok na miasto - miasto, ktorego zyla jest siec rynsztokow z buro - krwista mazia. Mistao oszalamiajace wszystkie zmysly: sluch - bezustanne trabienie tuk - tukow, samochodow, motorow, ryksz, nawolywania ku nam ze wszystkich stron, wrzask setki dzieci wybiegajacych z uliczek..., wzrok - cala paleta barw na strojach, straganach, elewacjach, mam wrazenie, ze te barwy juz za moment wymieszaja sie ze soba gdyz to wszystko runie, cale miasto peknie, zawali sie..., wech - nozdrza atakuje naprzemian brzyjemny badz wstretny zapach, gotowane mleko, przyprawy, odchody, krew..., dotyk - czeste podawanie dloni chropowatych, klejacych, ciemnych, dzieciece raczki wsuwaja sie w moje...
To miastio po ktorym nie sposob spacerowac tak jak do tego przywyklismy, nie mozna sie zatrzymac, przyspieszone tempo by uciec od mdlacego zapachu, od widoku chorych psow. Trzeba uciekac tuk - tukiem, zwariowanym pojazdem przez zwariowane miasto.
Tylko jedna proba pozanania miasta od wewnatrz, reszte poznajemy z hotelowego dachu. Noc z teleobiektywem Olka, ktory odslania przed nami niewidoczne detale: spaca dziewczyna wtulona w czerwony koc na podlodze, rzezbienia fortu, porzucone obuwie, spiace krowy. Aparat niczym noktowizor po 30 sek. ukazuje nam Bikaner noca. Uroczysta kawa na dachu i przenosimy sie na Ksiezyc, oko teleobiektywu patrzy wglab kraterow.
Indie - napis usypany z pustynnego pisaku, z samotnych karlowatych drzew, skorpionow i herbaty z imbirem, napis ze sladow kopyt swietych krow.

brzenczu

Uff...dotarlismy do Udaipuru.
Jakze dobrze odpoczac nad jeziorem Pichola, z pieknymi palacami, swiatyniami, waskimi uliczkami - wszystko to zas w cieniu gor porosnietych palmami.
Ostatnie dni byly tak intensywne, ze nie bylo mozliwosci napisania nawet paru slow. Uswiadomilem sobie rowniez ze dotarlismy do polmetka wyprawy (przed nami jeszcze wiele tysiecy kilometrow do pokonania).
Indie to kraj niezwykly pod wieloma wzgledami. To, co do tej pory wydawalo mi sie normalne, w Indiach uchodzi za odstepstwo od normy. Obserwuje to co sie wokol mnie dzieje i czestokroc tego nie rozumie - zyjemy w calkiem innej kulturze. Z pewnoscia wszystko to znajduje swe uzasadnienie, ja jednak nie jestem w stanie do tego dojsc. Ulice, ludzie, czynnosci, ktore wykonuja - wszystko wyglada inaczej. Pewnego wieczoru, tuz po zachodzie slonca, gdy wiekszosc Hindusow szykuje sie do posilku, usiadlem na dachu naszego budynku. Obserwowalem jak wspolnie - cale rodziny gromadza sie na dachach swych lepianek, rozpalaja ogniska, ubijaja ciasta na ciapaty (wszechobecna strawa). Uwage ma zwrocila jednak kobieta, ktora na dachu malej kuchenki szykowala sie do snu. Trudno opisac mi ogrom czynnosci, ktore wykonala - jedyne co moge powiedziec to to, iz nie znajdowalem w jej trudzie pracy zwiazku przyczynowo - skutkowego. Podchodzila na skraj dachu, cos zrobila, poprawila kocyk by podejsc w inne miejsce, wykonac jakis gest, przeniesc kocyk w inne miejsce i tak przez dobre pol godziny. Nie rozumie rowniez zasad ruchu drogowego. Indie jako zaprzeszla czesc Imperium Brytyjskiego odziedziczyly po wyspiarzach lewostronny ruch drogowy. Kierowca siedzi po prawej stronie. Nie dosc, ze siedzac na miejscu pasazera raz za razem naciskam niewidzialny hamulec, to jeszcze ten dziwny zwyczaj. Otoz ilekroc kierowca pedzi drogami (ruch drogowy w Indiach to osobna historia - rzeka) i widzi z naprzeciwka zblizajacy sie samochod, jakby nigdy nic zjezdza na prawy pas. I tak jedzie na zlamanie karku, na zderzenie czolowe, w momencie zas gdy pasazer ma doznac zawalu serca, nagle zjezdza na lewy pas i jedzie dalej. Twarz jego nie zdradza najmniejszej emocji - nie robi tego dla jakiejs wewnetrznej satysfakcji czy aby podniesc sobie poziom adrenalimy - po prostu ot tak. Nie rozmumie - ale szanuje. Co innego ulice. Tu spaceruja mezczyzni trzymajac sie za dlonie - poklepuja sie przyjacielsko, przytulaja. Na kazdym kroku widac wiez laczaca mezczyzn. Nigdy zas nie uraczysz w Indiach damsko - meskiego spacerku pod reke. Jest to niedopuszczalne.
Ostatnie dni nauczyly nas rowniez, ze nie nalezy podchodzic do ludzi stereotypowo. Z tym mamy problem. Ulice pelne sa naganiaczy - ludzi ktorzy chca cie gdzies zaprowadzic, cos sprzedac - zazwyczaj wyciagnac jakies pieniadze. Najpierw podejdzie do ciebie, zapyta o imie i kraj, z ktorego pochodzisz. Potem sie przedstawi i kiedy zapyta czy podobaja sie Indie, zazwyczaj przechodzi do ataku. Jak dasz sie juz gdzies zaciagnac to conajmniej pol godziny trwa proba wydostania sie czy to ze sklepu czy domu prywatnego. Stereotypowe podejscie europejczyka to zazwyczaj ignorancja badz zdecydowana odmowa - w koncu po 50 takich doswiadczeniach znajac mechanizm dzialania naganiaczy nie jest sie w stanie ragowac. "Hello", "What is your country?", "What is your name?"
Po calonocnej przeprawie z Jodpuru lezalem na betonie (ludzie leza tu doslownie wszedzie) pewnego dworca autobusowego w AbuRoad i patrzalem w gwiazdy. Jak zwykle wokol zgromadzila sie calkiem spora grupa Hindusow, ktorzy w milczeniu obserwowali dziwo, jakim jest bialy czlowiek. Pomyslalem sobie - "dobrze, ze jest 4 nad ranem, naganiacze jeszcze spia". I czas plynal powolutku. Cala nasza polska grupa czekala na kolejny transport do MtAbu - miejscowosci, gdzie znajduje sie wspanialy kompleks dzinijskich swiatyn Dilwara. Nagle cisze przeszyl donosny glos za moich plecow - "What is your country?" Hm...pomyslalem, zaczelo sie. Byl to okolo szescdziesiecioletni mezczyzna o niezwykle jasnej karnacji. Mial na sobie biale, hinduskie odzienie. Stereotypowo odpowiedzialem "Poland" i kiedy zaczalem kombinowac jak tu uniknac dalszego dialogu on powiedzial, ze byl w Polsce gdy wracal ze Szwecji. Dalsza czesc tego wczesnego poranka to herbata, ktora nam postawil (kupil wrzatek i zaparzyl wlasna herbate) ogladanie slajdow (mial przy sobie pare skrzynej pelnych slajdow z jego podrozy i nie tylko). Bardzo szybko okazalo sie, ze jest to czlowiek niezwykly i czarujacy. Zaproponowal nocleg na jego farmie 12 kilometrow od MtAbu. Zgodzilismy sie. Kupil nam bilety, powiedzial, ze jestesmy jego goscmi.
Farma Inder`a Dana to miejsce niezapomniane. Wokol piekne gory, jaskinie, palmy, wspaniala roslinnosc, jeziorka. Przygotowal dla nas sniadanie opowiadajac o swym zyciu. Pisarz, twora oper, pogromca tygrysow ludojadow z poludnia Indii, pilkarz, podroznik i samouk - erudyta. Wspaniale swiatynie dzinijskie faktycznie okazaly sie wspaniale ale nic to. MtAbu to spotkanie z Inder`em, jego wieczorne opowiesci przy lampie naftowej, wspolne posilki, gwiazdy, spiew chrzaszczy. Inder przez wiele lat przyjmowal na swa farme sieroty - dzieci bez przyszlosci, ktorych w Indiach jest bardzo wiele - karmil je i uczyl - zalozyl mala szkole. Wszystko to sie jednak skonczylo - zabraklo srodkow. Inder jest czlowiekiem usmiechnietym, skromnym o niezwylej zyciowej madrosci. Nad jego farma, w jednej z jaskin spedzil 8 lat.
Pare dni wczesniej, jeszcze w Jaisalmer mialy miejsce rowniez ciekawe dla nas chwile. Jedna z nocy spedzilismy na pustyni pod gwiazdami. Zabral nas tam wiecznie - gadajacy Hindus Dudu. Zanim jednak moglismy sluchac jego opowiadan, spiewu, sprobowac miejscowego bimbru z bananow, poznalismy jego rodzine. Prawdziwa pustynna wioska - bieda, mnostwo dzieci, kozy, ubogie budynki. Tam siedzac na dziedzincu lepianki jego rodzicow, obserwowani przez chyba cala spolecznosc wioski, pilismy herbate imbirowa z mlekiem.
To jednak co stalo sie nastepnego ranka dosc nas zaskoczylo. Po uroczej pustynnej nocy, oswiadczynach Dudu (poczul slabosc do naszej Eweliny) wrocilismy do Jaisalmeru. Wiedzielismy, ze cos sie wydarzylo, ze jakis muzulmanin zamordowal dwadziescia kilka swietych krow, ze bedzie jakas manifestacja. Nagle z hotelowego pokoju uslyszalem jakies krzyki. W chwile pozniej siedzielismy juz na dachu obserwujac rozwoj akcji. Manifestacja przerodzila sie w bitwe pomiedzy Hindusami i muzulmanska czescia spolecznosci Jaisalmeru. Wkroczyla Policja z palami, wielkimi tarczami ochronnymi. Chwile pozniej zaczal plonac hotel okolo sto metrow od nas. Niezly material do filmu - myslimy. Otwieramy zaryglowane drzwi hotelu i ruszamy w miasto. Gdzieniegdzie przebiegaly grupki Hindusow z kijami, kawalkami plotow - wszystkim co bylo pod reka. Cala akcja rozgrywala sie dwie ulice od nas - nie mielismy tam jednak dostepu - policja zablokowala dojscie.
Teraz siedze w kafejce w Udajpurze - dwa dni odpoczynku i ruszamy dalej - Agra, Waranasi, potem na poludnie - Madras, Kerala, Goa - dobre pare tysiecy kilometrow. Chce wycisnac z kazdej chwili to co najwazniejsze - czas leci. Pozdrowienia dla wszystkich. mamy problemy z zrzucaniem - net jest tu naprawde wolny, ale sprobujemy dzisiaj po raz kolejny.

środa, 3 października 2007

brzenczu

4 minuty z dzisiejszego poranka...
"To jedziemy z nim czy nie???!!!!" - krzyczy Jacek do Eweliny probujac przekrzyczec zgraje naganiaczy. Ja sam probuje przebic sie w strone ktoregos z towarzyszy wyprawy, co wcale nie jest takie proste. Pieciu naganiaczy ciagnie mnie w rozne strony - wszyscy krzycza na cale gardlo. Jest 6 rano i po wyjsciu z pociagu, w ktorym spedzilismy cala noc sluchajac bekania (i jeszcze pare innych odglosow) hinduskiej czesci podroznikow, dotarlismy do pieknego, pustynnego miasta Jaisalmer. Przewodnik Pascala sie nie mylil. Ostrzegal, ze po wyjsciu z pociagu kazdy zaspany podroznik dozna szoku - wszystkie zmysly zostana otepione - a wszystko za sprawa nieprzebranych tlumow naganiaczy hotelowych, ktorzy za kazda cene chca zagarnac gosci do swego lokalu. Jestem calkiem rozbawiony. Niemal bezwladnie tlum krzyczacych twarzy zarzuca moim cialem we wszystkie strony - nie robi na nich wrazenia, ze nie jestem zaangazowany emocjonalnie w temat hotelu. Kazdy podaje mi dlonie, klepie po ramieniu, przybija "grabe" tak jakbysmy juz dokonali interesu. W koncu po 4 minutach zjawia sie Policjant (o ile nie byl facetem podstawionym przez naganiaczy). Pyta dokad chcemy sie udac odganiajac nacierajace rzesze naganiaczy. Mowie: "Hotel Swastika". Rozglada sie po tlumie hindusow i pala wskazuje jednego z nich. Ten ucieszony mowi "go go go" i idziemy w strone jego taksowki. Oczywiscie cala reszta zawidzona krzyczy, ze ten naganiacz nie jest z hotelu Swastika tylko jakiegos innego. Idziemy.
Po chwili jednak, juz w drodze, hindus zaczyna rozmowe. (tlum. brzenczu)
- Hotel wybraliscie z przewodnika?
- Tak - odpowiadam - podobno warunki sa calkiem przyzwoite
- No fakt, ale troche drogi
Hm...mysle, chyba naganiacze mieli racje - facet nie jest ze Swastiki.
- Jest tu tyle ciekawych hoteli, wygodnych, z prysznicem i coolerem (bez wentylatora w pokoju nie da sie przezyc w Indiach 5 min. [przyp. tlum.]) i wcale nie musza kosztowac duzo.
- Hm...ciekawe - mowie
- Bo jesli hotel reklamuje sie w przewodniku to cena od razu jest podbijana. Jak chcecie zawioze was do hotelu, gdzie pokoj kosztuje 80 rupii, nie zas 250.
- Wolelibysmy napierw jechac do Swastiki
No i w takim klimacie przejezdzamy odcinek z dworca kolejowego w poblize fortu. Slonce ogrzewa piskowe mury starych budowli. Krowy chodza ulicami, tuktuki wymijaja sie trabiac niemilosiernie. Juz powolutku przywykam do tej innosci. A jest naprawde inaczej.
Wczoraj wieczorem na dworcu nim podjechal pociag, 2 metry przed nim biegla po torach swieta krowa, wszedzie leza swiete placki, nie ma kanalizacji tylko rynsztoki, zar leje sie z nieba, wszedzie gdzie sie znajdujemy sluchac "hello".
Ok wracam do hotelu, kupie po drodze "Maze" - dobry, sok z zakrecanym kapslem. Mieszkamy w hotelu "Henna" - hotelu naganiacza, ktory wiozl nas do Swastyki :) No coz - dobry byl w sztuce negocjacji. I chyba kupie jakiegos whisk`acza na wieczor - trzeba sie odkazic. Pozdrowienia
PS. Krzysiu I. szczegolnie tutaj by Ci sie podobalo

poniedziałek, 1 października 2007

Jacek

Trzydziesci kilometrow na poludnie od Bikaneru na pustyni Thar w wiosce Deshnoke jest swiatynia gdzie, wedle tradycji, pewna kobieta bedaca wcieleniem Durgi zapragnela przywrocic do zycia swego syna gawedziarza. Skutkiem jej wysilkow swiatynie zamieszkaly tysiace szczurow - przemienionych pustynnych gawedziarzy oczekujacych powrotu do zycia w ludzkiej postaci. Szczury sa tam do dzis.
Jest popoludnie 1 pazdziernika, z nieba splywa obezwladniajacy zar. Gdy wsiadamy do bialego autobusu o zewnetrznych scianach gesto zabryzganych slina czerwona od przezuwanego betelu wypluwanego przez okna autobusu odczas jazdy, termometr wskazuje 48,9 stopni Celsjusza. Jest poniedzialek. Zanim wydostaniemy sie z miasta jedziemy ulicami zatloczonymi trabiacymi bezustannie tuk-tukami, samochodami, ciezarowkami, motocyklami, autobusami. Miejscami nad gestniejacymi na skrzyzowaniach wehikulami goruja sunace dostojnie wielblady ciagnace plaskie wozy z siedzacymi na nich wieczniepatrzacymi Hindusami. Pomiedzy tym wszystkim wielkouche krowy spokojnie przechadzaja sie, nie niepokojone. Przed zamknietym przejazdem kolejowym upal staje sie nie do zniesienia. Wysiadam, by przykucnac w cieniu obok kierowcy nad przeplywajacym w dole cuchnacym sciekiem. W powietrzu przesyconym smrodem wydalin miasta kierowca pyta czy nie pochodze z Japonii. W poblize autobusu przenika niemal czarna kobieta w zakurzonym sari. Powtarzajac "Halo, halo" (jedyne slowo, jakie zna w jezyku angielskim) prezentuje trzymane na ramieniu niemowle o rozbitej, przewiazanej brudnym zakrwawionym bandazem glowie. Na krwawej plamie na glowie dzaiecka klebia sie muchy. Jeszcze w MacLeod Ganj doszly nas sluchy o praktykach zebrzacych rodzin, w ktorych skutecznosc codziennego zajecia bywa podnoszona przez lamanie dzieciom rak lub nog. Niektore kobiety nauczone juz, ze turysci niechetnie rozdaja pieniadze, prosza o zakup mleka dla dzieci. Miedzy nimi i pobliskimi sklepikarzami istnieje jednak obustronnie korzystny uklad. Gdy po zakupie kartonu mleka turysta z uspokojonym sumeniem znika za rogiem, kobiety odnosza mleko do sklepikarza, u ktorego zostalo przed chwila kupione, i odbieraja czesc pieniedzy pozostawionych przez turyste.
W tlumie gromadzacym sie przed zamknietym przejazdem przeplywaja spokojnie plamy zolto-pomaranczowo-czerwonych, niebiesko-zielono-zoltych, czerwono-zielonych, fioletowych, blekitnych sari. Z rozwartego w usmiechu otworu ust zujacego betel mezczyzny wyrastaja dwa pienki poczerwienialych zebow. Szczelina ust jak wypelniona swiezym, krwistym, dymiacym jeszcze kawalem bawolej watroby, ktory pracowicie przezuwa mezczyzna o wypadajacych zebach w bialej koszuli i blekitnych spodniach.
Po jakims czasie dojezdzamy na miejsce. Pokryta plasko rzezbionymi ornamenatmi roslinnymi swiatynia otwiera swoje kute w srebrze wrota, by ukazac wnetrze wciaz zamieszkane przez tysiace swietych szczurow. W centralnym pomieszczeniu gniezdza sie ludzie karmiacy szczury i skwapliwie pozerajacy resztki pozostawione przez lazace wszedzie kosmate i szare stworzenia. Uwaza sie, iz spozycie pokarmu napoczetego przez swietego szczura przynosi powodzenie. Podobnie widok bialego szczura. Na dziedzincu swiatyni bezustannie grana jest muzyka, spiewane sa stosowne inwokacje, zagluszane sa popiskiwania szczurow. Po prawej jest niewielki budyneczek z oltarzykiem umieszczonym posrodku. Mozna obejsc oltarzyk waskim przejsciem, pomiedzy ciasno rozstawionymi scianami, z ktorych co i raz, poprzez ukryte otwory, wypelzaja szczury. Nad dziedzincem rozwieszono siatke, ponad nia dziesiatki golebi, uwieszeni na scianach robotnicy maluja ornamenty swiatynnych murow na niebieskie, czerwone i zielone kolory.
Opuszczamy miejsce unikajac wyludzajacych pieniadze podrostkow i dzieci. Na skrzyzowanie, na ktorym zatrzymuje sie autobus odprowadza nas ciekawska gromada dzieci, nastoletnich chlopakow, woz ciagniety przez wielblada, niosacy zmeczonych chlopcow i mezczyzn o przekrwionych bialkach oczu i nieskazitelnie bialych zebach swiecacych na tle czarnych niemal twarzy.

niedziela, 30 września 2007

ewelinnn

(mysli wyczesane z wrazen z Armitsaru)

INDIE... tyle usmiechnietych twarzy, tyle spotkan, tyle szczerosci w tych wielkich, czarnych oczach. Kiedy mezczyzni patrza na biala kobiete, robia to w zupelnie inny sposob, nie ten dobrze mi znany, europejski. Hinduskie oczy patrza inaczej, dotykaja duszy, sprawiaja, ze na sercu osiada sie kropla ciepla. I wtedy wszystko staje sie piekne, wtedy nawet smakuja hinduskie potrawy ostro doprawione curry i kminem (nasza zinawidzona przyprawa), wtedy nie przeszkadaja dzwieki klaksonow, sterty smieci, brudne lady sklepow. I wazny staje sie tylko ten kontakt, kiedy moje zielone oczy- europejskie, spotykaja sie z czernia Ich oczu.

Spotkanie w McLeod Ganj
Tomasz z Gdanska- 31 grudnia skonczy 33 lata (to juz pelna symbolika). Dlugie wlosy spiete gumka, na czubku opaska, odgaiajaca wlosy z czola. Niebieska koszula w paski, bezowe spodnie z kieszeniami. Sandaly. To Tomasz. Siodmy element, brakujaca czesc. Tomasz "siedzi" w Indiach i Nepalu juz siedemnasce miesiecy. Termin powrotu do kraju- nieustalony.
W tym momencie rozpoczyna sie moja przygoda z buddyzmem tybetanskim, gdyz Tomasz praktykuje. Kiedy opowiada o swojej Drodze, spod koszuli wylania sie drewniany, buddyjski rozaniec o 108 oczkach.
Tomasz proponuje wycieczke na pobliski szczyt, liczacy ponad 3 tys. metrow. Wstajemy o siodmej rano, idziemy! Na drugi dzien udajemy sie razem z nim na spotkanie z Tenzin Palmo, potem do Toshi Jong...

Tenzin Palmo- mnieszka buddyjska pochodzaca z Anglii, kobieta po szescdziesiatce. Dwanascie lat samotnie spedzonych w jaskini wysoko w Himalajach. Wjezdzamy w skupisko, w ktorym zyja mniszki, tam czeka na nas Ona, kobieta, ktora wplynie na moje zycie. Mloda mniszka prowadzi nas po schodach do pokoju, w ktorym za komputerem siedzi Tenzin. Wchodzimy. Witamy sie i od tego momentu wszystko juz jest wiadome! Pokochalam od razu te cieple, niebieski, pelne zycia i milosci oczy. Nastepuje kolejne spotkanie moich europejskich oczu z "innymi". Te niebieskie znajduja sie z zieleni moich, orientuja sie w nich, wspolczuja im, a jednoczesnie kochaja je, ten wzrok przytula sie do mojego serca. I kiedy zadaje pytaie Tenzin "How to love my lonlyness?", ona jakby wiedzac z gory, ze wlasnie to pytanie jej zadam, odpowiada: "Trzeba byc dla siebie przyjacielem, trzeba wszystkie swoje emocje i stany przyjmowac wpierw do swojego wnetrza, analizowac je, a potem pokochac i dawac je innym. Pamietaj, nie jestes samotna, masz w swoim wnetrzu przyjaciela".

Toshi Jong- klasztor tybetanski, jeden z najpiekniejszych jaki widzielismy. Polozony w malutkiej miescinie, gdzie pajaki wielkosci piesci nikogo oprocz nas nie dziwia. I tu kolejne spotkanie... Poruszeni dziwnym odglosami, dobiegajacymi z klasztoru, postanawiamy udac sie w tamta strone. To co zobaczylismy przeszlo nasze oczekiwania. Traflilismy na prawdziwa uczte! Uczte stworzona ze slow i gestow, z emocji i pytan. Nie liczylo sie to, ze nie rozumielismy ani slowa, liczylo sie to, ze od tego "stolu" wstalismy syci i poceszeni. Zaczerpnelismy mocy z serca klasztoru.

Dziekujemy Ci Tomku z calego serca- Grupa Ocochodzi.
Pozdrawiam Mamusie, Tatusia i Mateusza :D I wszystkich przyjaciol! Pamietajcie- "Badzmy spontaniczni!":D

Kasia



Droga z Manali do MacLeod Ganji. Autobus-lodz ktorym jedziemy-plyniemy dalej. Przystanek noca nad jeziorem w ktorego tafli przegladaja sie gory.
Indie - napis usypany z kasztanow-jezowcow, napis z paproci porastajacych powykrecane drzewa, z bezustannego krzyku tajemniczych owadow, ktorych nie sposob dojrzec - tylko dzwiek.
Pielgrzymowanie na szczyt, wyzej i wyzej, jest tylko jedna droga z miasta tam w gore. Ta jedna droga gdy wracamy rozdzieleni peka, rozwarstwia sie, wracamy jej odnozami. We mgle pojawiaja sie trzy kobiety z ogromymi snopami na starych plecach, podazamy zwiedzeni za nimi, tu zgubilismy droge, tu odnalezlismy droge na ktorej tona we mgle kamienne, opuszczone chaty. Kobiety ze snopami znikaja a zamiast nich na drodze spotykamy krowy, ktorych los nie jest nam obojetny - starania by nie szly stroma kamienista droga gorska. A potem wodospad - huk srebra we mgle. Jest tylko jedna droga do Triund...Jedna droga, ktora gdy wracasz wprowadza cie w swoje odnogi. Kazdy z nas powrocil ta sama - inna droga. A to wszystko w poblizu domu DalajLamy. Swietosc.
Indie - napis usypany z platynowych kamieni po ktorych stapamy, napis ze sladow malpich lapek na piasku, napis z kolorowych - odpustowych branzoletek.
Dzien swiety dzieki napotkanemu na naszej drodze...Pelen spokoju, praktykujacy buddyzm przyjaciel, ktory zabiera nas na spotkanie z mniszka, ktorej przeszlosc kryje 12 lat w pustelni - pelna milosci kobieta. A potem maly pokoik przepelniony energia w rytm ktorej zapada sie moje cialo. Owoce, swiete teksty, swiece wokol teczowego ciala jogina...
A potem klasztor rozbrzmiewajacy dzwiekiem uderzen dloni - przyklask w dyspucie. Zostajemy zaproszeni na ten niezwykly nocny spektakl pod pelnia ksiezyca.
Indie - napis usypany z milosci, napis z muzyki w rytm ktorej pulsuje tu zycie, napis z rozanca o 108 koralach.
Amritsar - miasto w sercu ktorego na wodzie unosi sie zlota swiatynia. Dzien - spiew, noc - spiew, kolorowe turbany, polyskujace sari. Siadamy by wsluchac sie w transowa melodie swietych piesni, wokol nas tlum zyczliwych, fotografie, usciski dloni, usmiech.
Zlota swiatynia - szkatula ktorej wnetrze kryje bezcenny skarb, szkatula na ktorej dnie i my mamy zaszczyt spoczywac - przodem do zlota.
Indie - napis z dzwoniacych miseczek po ktorych sciankach splywa woda, napis z powolnej wedrowki ku wielkiej ksiedze, napis ze slodkiej kaszy na ktorej odczytuje linie papilarne kogos kto mnie ugoscil.
Labirynt uliczek - w jednej z nich tuz obok teatru cieni odnajdujemu podworko z ktorego rozbrzmiewa spiew przy pracy - slychac uderzenia mlotow o stal.

acha

Kasia dzisiaj wrzuci zdjecia z ostatnich dni. Dziekujemy za komentarze, prawie wszyscy z ekipy maja juz przygotowane teksty o tym co sie dzialo w ostatnim czasie - teraz gdy mamy dostep do internetu (przynajmniej do jutra) teksty te sie pojawia. Szczegolna trudnosc sprawia nam opisanie "przygod" buddyjskich bo emocje byly tak duze, ze slowa tylko po czesci sa w stanie je oddac. Badzcie z nami :)

brzenczu

Jestesmy w Bikanerze - pustynia Thar. Juz na pierwszy rzut oka widac, ze jest to zupelnie inne miejsce niz himalajska polnoc. Slonce przypieka tu z taka natarczywoscia, ze postanowilismy opuszczac hotel dopiero poznym popoludniem, po ulicach przemieszczaja sie wielblody ciagnace wozy z roznymi towarami i co trudno nie zauwazyc panuje tu ogromna bieda. Gdy wczoraj wybralismy sie na stare miasto, ktore od reszty Bikaneru odgrodzone jest 7 kilometrowym murem, podobnie jak w Delhi poczulismy sie jak w paszczy lwa. Wszytko bylo w porzadku poki szlismy glowna ulica przecinajaca posrodku stare miasto. Gdy jednak wkroczylismy w jedna z bocznych uliczek odgradzajacych gesta zabudowe (niezlykla ornamentyka), miasto to ukazalo przed nami swa prawdziwa nature. Zebracy, bieda, psy w rynsztokach, fekalia spywajace pod kladkami wejsciowymi do domow, wszystko sie sypie, wszedzie smierdzi... no i setki dzieci... brudnych, zaniedbanych. Dzieci otoczyly nas z wszystkich ston (niczym scena ucieczki Judasza w filmie "Pasja") i zaczely podszczypywac dziewczyny. Zrobil sie calkiem niezly rozgardiasz...musielismy uciekac tuk-tukiem. Co ciekawe, nie widzialem jeszcze tulu pieknych i zaniedbanych budynkow w jednym miejscu. Od kiedy wyniesli sie Anglicy, nikt tu nie kiwnal palcem.
Nie zmienia to faktu, ze widoki byly urzekajace. Handlarze owocow, roznobarwne sari, turbany...orient.
Ach te kontrasty...tak jak ze wszystkich odwiedzonych przez nas miejsc tu panuje chyba najwieksza bieda, tak tez zaden z hoteli, w ktorych mieszkalismy nie byl tak ekskluzywny. Elegancka restauracja na dachu, gdzie wieczorem koncert daja muzycy, pokoje czyste, z wykafelkowanymi przestrzennymi lazienkami. Po tych wczorajszych przygodach postanowilismy, ze dzisiaj trzeba troche odsapnac - robimy sobie dzien polski :)
Pozdrowienia

piątek, 28 września 2007

brzenczu

W podrozy
Nie odzywalismy sie pare dni - jestesmy w drodze. Predzej czy pozniej jednak relacje ze "straconych dni" sie ukaza. W tej chwili wpadlem na chwile do kafejki na jednej z podrzednych uliczek w miescie Amritsar - zaraz jedziemy dalej w strone Bikaneru i Jaisameru - miast na pustyni Thar.
Co sie dzialo?
26.IX.06
Azja odkrywa przed nami swe najwieksze bogactwa - perly, ktore skryte przed oczyma zwyczajnych turystow, prozno szukac w kolorowych miejscowosciach. W jednym z takich miejsc znajdujemy sie obecnie (cichym, spokojnym, z dala od gwaru naganiaczy, cukierkowych straganow i restauracji dla Europejczykow). Tashijong Gompa to buddyjski klasztor bedacy siedziba malej wspolnoty Drugpa. Caly kompleks - swiatynia, szkola i domy mnichow tworzy niezykla atmosfere. Mieszkamy w malym, czystym hoteliku u bram mnisiej szkoly, skad od poranka dochodza dzwieki modlitw. Ten dzien jest nadzwyczajny - jest pelnia. Zjawisko to intensyfikuje codzienny ceremonial klasztorny.
Wczoraj wieczorna pora znalezlismy sie w jednym z mnisich domkow, w ktorym za cienka zaslonka spoczywal w pozycji siedzacej jeden z czterech joginow tego klasztoru. Czlowiek ten odszedl, czy raczej zgodnie z tybetanska wiara, przeszedl w swa nastepna inkarnacje w cyklu sansary, dwa lata temu. Od tego czasu nadal spoczywa w pozycji siedzacej, takiej w ktorej przygotowal sie do odejscia. W pokoiku jogina przepelnionym zapachem kadzidel znajdowal sie maly stoliczek, gdzie obok jego fotografii na zdobnej tacy blyszczaly swieze owoce, kieliszek jakiegos trunku, ciasteczka - dary.
Zanim dojechalismy do Tashijang Gompa, odwiedzilismytybetanska mniszke angielskiego pochodzenia - Tenzin Palmo. Niesamowita ta osoba, po trzynastu latach spedzonych w pustelni, wrocila do swiata ludzi z misja budowy zenskiego klasztoru. Godzinnej rozmowie w malym pokoiku towarzyszyly odglosy budujacego sie za oknem centrum edukacyjnego dla mniszek. Ja sam przysluchiwalem sie rozmowie Olka i Jacka - zanimowilem.
Wyjazd z McLeod Ganj mial takze swoj wielki akcent. Niemalze na pozegnanie, w dziesiec minut przed wejsceim do taksowki, przywitalismy wraz z tlumem mnichow i uchodzcow tybetanskich samego Dalejlame, ktory ostatnie dni spedzil na wizycie w Niemczech.
Niesamowite nastepstwa zdarzen ostatnich dni, piekne miejsca, ktore moglismy zobaczyc, to zasluga Tomka. To on odslania przed nami kolejne perly tybetanskiej kultury, ktora schronienie znalazla w polnocnej czesci Indii. Piekne bogactwo duchowe tego narodu stoi w opozycji do tego, co pamietam z Chin. Dwoma rekami podpisuje sie pod petycja - Free Tybet. Tomek pozdrowienia.
27.IX.07
W pociagu.
Jedziemy do Amritsaru - miasta, ktore slynie ze Zlotej Swiatyni na jeziorze Niesmiertelnosci.
Tam tez, w roku 1919 dokonala sie rzez na wieluset hindusach. Sformulowanie "dokonala sie" jest zbyt bezosobowe. Sprawca masakry byli Anglicy, ktorzy otwarli ogien do bezbronnego tlumu. Plac otoczony byl wysokim murem, na srodku zas znajdowala sie gleboka studnia. Czyz mozna znalexc latwiejszy cel. Hindusi zawieszeni na plocie lub wskakujacy w samobojczej spaxmie w odchlan studni.
Teraz siedze na malej lezance zawieszonej pod sufitem. Obok stercza trzy olbrzymie wentylatory.
Hinduskie ciala roznia sie od naszych polskich, europejskich. Nie chodzi tu o roznice anatomiczne, lecz ogol obchodzenia sie i manifestowania swej cielesnosci. Tu hindus siedzac na wagonowym siodelku wyciaga swa noge, aby oprzec ja o przeciwleglo sciane, tam hindus siedzi na krawezniku w sposob, ktory swym ukladem absorbuje uwage bialych. Pokarmy roznoszone w wagaonach na wielkich drewnianych tacach sa dokladnie wymwmlane przez hinduskie dlonie. Ciapata jest obracana, dotykana z czuloscia, przenoszona z jednej czesci tacy na inna. Hinduskie ciala udomawiaja rzeczywistosc wokol siebie. Moja lezanka. Nie zdziwi nikogo hindus podwieszony pod sufitem w pozie wymykajacej sie werbalizacji. Tu zwisa mu zielona szmatka, w czlonki jego wkrecona jest drewniana laska, ktora, jesli tylko opusci to miejsce, z pewnoscia wykorzysta do podpierania swego starczego ciala. Cielesnosc ta jednak pasuje do cieplego klimatu prawie w takim stopniu, jak nie pasuja tu dystyngowane pozy angielskich dzentelmenow. Odwaznych nie w pore.
cdn. Musze leciec...bo wszyscy na mnie czekaja :)

wtorek, 25 września 2007

brzenczu















Czas w McLeod Ganj, z ktorego wyjezdzamy za 1/2 h to chwile piekne, takie ktore pozostaja na zawsze. Szczera i wszechobecna jest tutaj sprawa Tybetu - w koncu to miejsce zamieszkania Dalejlamy na uchodzctwie. Na murach, plakatach, straganach, koszulkach - wszedzie obecne sa hasla przypomijanace o tragicznym losie tego narodu. Cale miasteczko powiewa w modlitewnych flagach. Co krok spotkac mozna tybetanskiego mnicha odzianego w swe krwiste szaty.
Poznalismy Tomka - niesamowitego czlowieka, ktory od siedemnastu miesiecy jezdzi po Indiach i Nepalu - rozwija sie duchowo. Teraz z nim ruszamy w droge na spotkanie z Rimpocze w jednym z klasztorow oddalonych o 4 h drogi. Historie jakie zaslyszelismy o Lamach, historie niezykle na nasze europejskie umysly, pozwalaja sadzic, ze w sprawie ducha daleko odstajemy za wschodem.

Wczoraj caly dzien spedzilismy na trekingu. Celem naszej wypraway pod przewodnictwem Tomka byla przepiekna zielona dolina u stop Dhauladharu z widokiem na pobliskie szczyty i klebiace sie ponizej nas chmury. Powrot nabral wrecz oniryczej rangi, gdy schodzac z gory we mgle nagle naszym przewodnikiem byly wiejskie kobiety z sianem, ktore niewiadomo kiedy przobrazily sie w trzy krowy. Idac zafascynowani klimatem, po chwili znalexlismy sie wsrod kamiennych, opuszczonych chat pustelnikow, ktore tonac we mgle znowu przenosily nas w scenerie tolkienowska. Aby nie bylo zbyt nudno, Olek, Jacek i Ewelina juz na samym poczatku drogi powrotnej oddzielili sie od nas (ja, Ala, Kasia i Tomek) i jak sie okazalo kazdy z nich wracal na dol oddzielnie i to inna droga. Badz co badz skonczylo sie szczesliwie i wieczorem zjedlismy wspolnie kolacje w Pease Cafe. Przed chwilka do kafejki wpadl Olek - powiedzial ze jesli pojedziemy do klasztoru taksowka, ktora jest nieco drozsza, to jednak nie dosc ze jest to srodek duzo bardziej komfortowy to jednak jest cos wazniejszego - jest szansa zobaczyc Dalejlame - musimy zostac w McLeod Ganj do 12:30. Zobaczymy co reszta - ja jestem za. Po jednodniowej wycieczce do klasztorow - tam spedzic chcemy noc - planujemy zjechac do Pathankot i stamtad nocnym pociagiem juz na pustynie Thar. Zegnamy Himalaje (tym samym pierwszy etap naszej wyprawy) jednak bez smutku, gdyz przed nami trzy czwarte wyprawy a jesli reszta Indi jest podobnie skontrastowana jak to, co juz zobaczylismy, to na pewno nudzic sie nie bedziemy. Pozdrowienia

sobota, 22 września 2007

Olek B





Prolog
2 tygodnie haosu, z ktorego powoli, a moze tylko chwilami wylania sie skrawek ladu, tak jak tutaj, w najczystszym chyba, najbardziej turystycznym, jakkolwiek uroczym miejscu, McLeod Ganji. Takich chwil nie ma duzo, wsrod brudu, smrodu, specyficznych indyjskich zapachow, wsrod kurzu, potu, chmary hindusow toczacych sie jak szarancza, wsrod paletajacych sie wszedzie krow, oslow, psow tak samo politowania godnych jak ludzi. Posrod tego wszystkiego sa jeszcze tu miejsca, azyle, kosmosy, w ktorych czas na chwile zwalnia, gdzie czlowiek odpoczywa, uspokaja sie, w nieustannej gonitwie podrorzy, w zbombardowanych do cna wszystkich zmyslach, sa jeszcze miejsca w ktorych Indie nabieraja uroku, innego znaczenia; staja sie piekne kolorowe zyczliwe, takie jak powinny byc.



Takie miejsca jak to McLeod Ganji, w ktorym czuje sie spokojnego ducha buddyzmu, Dalajlamy, fizycznie odlleglego zaledwie o pareset metrow.


Ale takie miejsca dla mnie szczegolne byly dwa. Srinagar, stolica negatywnie oslawionego Kaszmiru, o ktorej nie bede sie teraz rozpisywal (Pawel robi to wlasnie w tej chwili :)). I Sumur, do ktorego niestety w niepelnym skladzie udalo sie nam dotrzec.




Sumur:


Po paru godzinach wertepow, ciaglych serpentyn, przepasci, wawosow usianych wrakami spalonych ciezarowek, lapiac w pluca maksymalnie rozrzedzone powietrze najwyzszej przejezdnej kotliny himalajow (ok.5700npm) [zreszta wcale nie tak spektakularnej jak by sie moglo wydawac] zjezdzamy w dol... a moze tez jak ci biedni, szaleni kierowcy, juz lezymy na dnie jednej z przepasci... w kazdym razie wjezdzamy do Raju;


"Simplicity is the peak of civilisation"


Raj
Jesli istnieje na ziemi to wlasnie to miejsce; bo czego w raju mozna oczekiwac, wszystkiego, czyz nie? I tu wszystko jest. Jesli istnieje obiektywne piekno, to tutaj wlasnie przybiera ono postac materialna.


Zjezdzamy kreta droga posrod ogromnych, rozleglych himalajskich kanionow w doline zewszad otoczona gorami. Na pierwszy rzut oka miejsce wyrwane z rzeczywistosci, poza czasem, przestrzenia, dryfujaca oaza szarosci, brazu berzu i blekitu z palacym sloncem na nagich poszarpanych skalach, na ktorych w oddali, wysoko bieleje snieg. Ze szczytow splywaja czyste jak lza, lodowate potoczki formujac magiczna rzeka Shiok. Shiok, brunatno-szary, szeroki, z wielkimi polaciami lach piaskowych jak z plastrami miodu, plynie rosnac i pozerajac blotniste brzegi, rozrasta sie i pecznieje deszczem i sniegiem splywajacym ze szczytow gor.


W dolinie Nubru wchodzimy do Rzeki, by nie wyjsc z niej tacy sami.


Droga sie kreci, nasz Jeep podskakuje na kamieniach. Pojawia sie zielen, zolc, pomarancz i biel pierwszych domow. Pierwsi tubylcy, nomadzi, wedrujacy w sobie tylko znanych sprawach. Pierwsze wioski, niewielkie domy ze sklepikami, dachy ze slomy i krowiego nawozu.
Psy jak wszedzie wychudzone, oblezione pchlami, robactwem i oblepione gownem, rzebrzace o kazdy ochlap, przeganiane brutalnie przez wlascicieli obskurnych knajp. Kropla rzeczywistosci we snie, surowe preludium do oniemiajacej sonaty piekna. Surowy przedsionek raju. Tak widocznie byc musi, to zwieksza kontrast, perspektywe.


Jedziemy dalej. Plastry miodu na Shiok. Brunatno-zulte pola na bezplodnych zboczach, cierniste porosty i krzewy wzdloz ulic, uschniete w palacym suchym sloncu kotliny. Zielona oaza w dole; drzewa niczym cyprysy, prosto wyciagniete ku niebu, rzadkami, brzozy, jakby chudsze i mniejsze, drzewka male i bujne z czerwonymi owockami jak jarzebiny, i pola pelne zolto-pomaranczowego dojzalego zborza. Wioska spokojna, ospala poludiowym skwarem, niskie biale chatki z kolorowymi i upajajacymi zapachem kwiatami. To nie wszystko, to dopiero niewielka czesc raju. Tego niewielkiego obszaru upajajacego ciepla kolorystyka i zapachem zcietego siana.
Domek wsrod pol, ogrodow, piekny, czysty i niemaly. Kobieta, wlascicielka, z radosnym rubasnym smiechem pokazuje pokoje; "podoba sie?" pyta, czy retorycznie? Nasze oczarowane radosne oczy mowia za siebie. Obiad z dopiero co zerwanych warzyw w ogrodzie, lagodny smak, nieindyjski, normalny...nareszcie, w niewielkiej altance obok krowy, sterty schnacych migdalow i motyli.
Idziemy odkrywac, napajac sie ta roznorodnoscia, eksplorowac raj, z nieublagana swiadomoscia tego ze to potrwa jeszcze tylko pare godzin, tylko 1 dzien jest nam dany (trzeba wracac), dlatego moze jeszcze bardziej otwarci, chlonni czerpac karzdy, najdrobniejszy element otoczenia; niebieska wazke na dmuchawcopodobnym krzewie, czerwone owocki, w kisciach nibyjarzebiny, chlud piasku pod stopami i wilgoc strumyka plynacego wzdluz sciezki. Osly, wrecz stadami, walesajace sie waskimi stromymi uliczkami, kluczacymi wsrod drzew. Kobieta z malenkimi kuzkami, uciekajacymi od obcych, krowa stojaca w poprzeg drogi, byk, albo jak, groznie spogladajacy zza plotu... pola.
Teraz do rzeki, przed siebie. Niby blisko, wszystko jest niby na wyciagniecie reki, nawet czuc mrozna wilgoc sniegu pod palcami przy wyciagnieciu reki w strone osnierzonych szczytow. Ale ta pozorna bliskosc pcha dalej i dalej, przez kraine koloru i wielosci, wielosci piekna. Dziura w plocie i dalej, przez porosnieta malymi klujacymi krzaczkami, ziemista, wyschla polac, w kepe krzewow, przed wzrokiem czarnego, ogromnego byka; slady weza na piaszczystym podlozu, i dalej, przez zielen, poprzez pomarancz i zulc, przeradzajaca sie w bez i szarosc piasku, pustynia, fale piasku, wydmy, gory posrod gor, powoli sunace z wiatrem. Coraz wilgotniej, dalej, stopy nikna w trawiastych brunatnych moczarach; orzezwiajacy i miekki chlod pod nogami wciaga coraz bardziej, po kostki, po kolana, brunatne bagnisko faluje niczym zywe przy kazdym kroku. Szybko, dalej, uciekamy, cieszac sie i smiejac jak dzieci. Radosc odbiera lata, nowo narodzeni, ciekawi karzdej rzeczy, szczesliwi; czas sie cofna, zatrzymal.




Dalej, rzeka Shiok...szum piasku zgarnianego przybierajacym pradem, wiatr, spokoj, gory, wszedzie wokol, biale, bure, szare szczyty... i wyzej... ponad nie. Ulatujemy. Blekit nieba, kremowe chmory, cieple chylace sie powoli ku zachodowi slonce...


W dol, z powrotem. Rzeka Shiok. Wracamy. Znowu zywe blotniste bagna, poprzecinane strumieniami. I jeszcze kilka niskich drzewek i krzaczkow, rozleglych, sawanna zlocaca sie kolorem poznego popoludnia. Slady duzego kota na piasku (tygrysa...?), czlowiek mors... realnosc znika.
Wracamy. Bagna, rozlewiska, wydmy, pola; braz, bez, brunatna zielen, ostra zolc, szary. Pies strzegacy stada owiec dziwnie za nami spoglada; pod plotem, na droge. Wracamy, wracamy w towarzystwie wszechobecnych oslow, sporadycznie wymieniajacych miedzy soba komplementy.
Chmory opadly, mgla znad rzeki gestnieje, goni nas, otacza; oniryka barw i dzwiekow zlewa sie w nierozpoznawalna jednosc mlecznobialej poswiaty ogarniajacej kraine za nami. Kraina znika jakby przestawala istniec, jakby faktycznie byla tylko snem.
Spowrotem do wioski. Slonce w kolorze skoszonego zborza; zborza na plecach zmeczonych po calym dniu pracy wracajacych z pol mieszkancow, o ciemnych spalonych, pomarszczonych wiekiem twarzach. Pomimo ugietych kolan i plecow pod ciezarem wielkich snopow, spiewajacych i nucacych sobie znane melodie. W pogodnych oczach zachodzi ostatni promien. Wracamy. Krete sciezki w polmroku, i mroczne widma osiolkow wciaz wszedzie obecnych, jakby tez wracajacych, niewiadomo skad, do kad i po co. Jeszcze cichy dzwiek i migocaca poswiata w niewielkiej dziurze w scianie. Kobieta znikajaca w mroku wielkiego mlynka modlitewnego, ktory z kazdym obrotem porusza dzwoneczek; delikatny monotonny dzwiek, powoli, bardzo powoli cichnacy. Malenka swieczka za kamieniem w niewielkiej dziurze w scianie. Wracamy. Wieczor przy slabym swietle zarowki, zupka chinska i juz tylko gwiazdy. Te same, niezmienne. Tylko wiecej, jasniej i ksiezyc, z wolna chowajacy sie, jakby niesmialo za jednym z mrocznych konturow gor.


Ciemnosc, cisza wiecznosc, bezczas, z tylu kolorow, barw i dzwiekow pozostaje czern i przenikliwe, zlowieszcze wycie oslow; wciaz bladzacych po nocy.


Poranek. Wracamy. Jeszcze tylko plastry miodu na rzece z gory. Rozrzedzone powietrze, kamienie, troche sniegu i pozostaly tylko gory. Berzowe, szare, brunatne gory; i wspomnienie raju, a moze zeczywiscie istnieje taka kraina. Kraina nad rzeka Shiok.

brzenczu cdn.






Pierwsza czesc tej opowiesci jest w poprzednim poscie - tu zas dalsza czesc relacji z ostatnich dni
Dal Lake to wodne miasto. Waskie wodne uliczki wokol ktorych zacumowane sa nasycone ornamentyka todzie - domy. Gdzieniegdzie znajdzie sie kawalek ladu, z ktorego wyrastaja kamienne domy. Plywajace ogrody i wilgotna, ciepla aura.
Kaszmir - wyciety ze snu. Nie ma takich miejsc na ziemi. Ktos pozbawic mnie wszystkich znanych mi dotychczas wyznacznikow tego, co mozliwe. W chwili, gdy w trojke wkroczylismy do starej czesci Srinagaru, znalezlismy sie w krainie z tysiaca i jednej nocy. Nie ma takich miejsc na ziemi.
Orient w najwyzszym wydaniu i do tego tak skontrastowany z tym, co widzielismy jeszcze tego samego dnia o poranku. Tam gompy i mnisi przycmieni zawrotami glowy, tu swiat muzulmanski. Takie, jakiego nie znalem - przyjacielski, bez agresji z pieknym klimatem. Uliczki, meczety, ogromne ptaszyska fruwajace nad rzeka. My na moscie z widokiem na spietrzone struktury waskich uliczek, wysokich budynkow. Ramadan. Ciagle spiewy, modlitwy, jakas nieznana mi wspolnota zycia. Ulice zyja, nie sa obojetne - fascynujace - jakby troszke spowite we mgle. No coz...padla nam bateia w kamerze, wiec to co widzimy jest tylko dla nas. Olek tylko biega bez ustanku z aparatem i pstryka - lapie te magie. Dzieci sie z nami witaly, odwzajemnilismy setki usmiechow, dotykalismy mnostwa dloni - kraina z tysiaca i jednej nocy.
Nastepny poranek spowity we mgle. Piata rano - lezymy na wygodnych poduchach sikary - plyniemy wsrod pietrzacych sie odglosow piesni modlitewnych. Ciemno. Starszy czlowiek wiosluje w strone bazaru - wodnego targu, gdzie przy wschodzie slonca mieszkancy Kaszmiru na lodziach handluja warzywami, cynamonem, szafranem. Czujemy sie niczym w krainie Lorien. Piesni i ciepla herbata z imbiru. Potem juz cieple promienie slonca i widok ludzi, ktorzy z lodzi na lodz przerzucaja to kapuste, ziemniaki, to zas jakies materialy. Wiemy, ze o 8:30 mamy bilety do Jammu - zegnamy Kaszmir
21 wrzesnia
Meliny Charlsa Bukowskiego sa sterylne w poruwnaniu z nora, w jakiej spalismy w Jammu. Gdyby nie pomyslowosc Gabusi, ktora przed wyjazdem dala mi moskitiere, moze dzis wygladalibysmy nieco inaczej. Nad lozkiem, pod sufitem zamieszkalo roznej masci robactwo. Wentylator sklejony klakami kurzu i pajeczyny wydawal odglos smigiel helikoptera. Tu musielismy podjac konkretne dzialania.
Moskitiera - azyl w zlowrogim srodowisku, polskie przescieradla, chusteczki ze srodkami przeciw insektom i whisky - wewnetrza dezynfekcja. Wniosek - nawet najwieksza nore mozna udomowic. Tak w trojke przetrwalismy ostatnia noc w Jammu - miescie brudu, spalin i naganiaczy. Z rana ruszylismy w dalsza droge w kierunku Darmasali. Teraz lezymy w Lolling Guest Hause w Mc Loud Gandz - celu naszej przeprawy. Gdzies tu, kilometr od nas mieszka wielki czlowiek - Dalejlama i mimo, ze jest to miejsce turystyczne, czuje sie jego obecnosc. Nawet psy na ulicach nie przypominaja kosciotrupow - wygladaja calkiem solidnie. Czas chwile odpoczac, powzdychac do osniezonych gor (juz bez dolegliwosci), odwiedzic czternastego i przygotowac sie do podboju pustyni Thar.
PS. Jest to chyba jedyne miejsce na ziemi, gdzie nie mam najmniejszej ochoty na alkohol :)

piątek, 21 września 2007

brzenczu

Otoz i jestesmy kilometr od domu dalejlamy. Przez ostatnie dni wydarzylo sie sporo rzeczy (bylismy w Kaszmirze), ktore teraz zrelacjonuje - przynajmniej sprobuje bo za 1/2 h zamykaja kafejke. Jutro z rana Kasia, Jacek i Ewelina dolacza do nas. Dlaczego sie rozloczylismy - juz opowiadam
17 wrzesnia
Musielismy dzisiaj podjac bardzo wazna decyzje. Kasia, Jacek, Ewelina i Olek udali sie jeppem na 2-dniowa wyprawe na najwyzsza na swicie przelecz oraz do doliny nad rzeka Shyok - niezwykle urodziwej krainy. My zas unieruchomieni choroba wysokosciowa musielismy wymyslec sposob na wydostanie sie z lehu (3500 m npm). Sytuacja wydawala sie nieco utrudniona. Moglismy czekac na ekipe, az wroca i wraz z nimi jeppem wracac 2-dniowa trasa do Manali. Trasa ta wiedzier jednak przez druga co do wysokosci najwyzsza przelecz swiata ( 5000 m npm) a to mogloby byc dla nas "nieprzyjemne". Drugie wyjscie to lot do Jammu - miasta na polnoc od pustyni Thar. Stamtad Stamtad moglibysmy pociagiem pojechac do Darmasali i tam oczekiwac ekipe, ktora po przebiciu sie przez szczyty i jednodniowym odpoczynku w Manali tam sie miala wlasnie udac. Chcac zrealizowac ten plan udalismy sie w poludnie na poszukiwanie biura Indian Airlines, co wcale nie bylo sprawa prosta. Przewodnik wskazywal miejsce w sposob niewyrazny, a kazdy napotkany hindus, jesli nawet nie wiedzial gdzie znajduje sie nasz cel, wskazywl pierwsza lepsza droge. Suma sumarum po 2 godzinach kruczenia dotarlismy do malego, skrytego bialego budyneczku - siedziby narodowych linii lotniczych. Tu jednak sprawa sie pokomplikowala. Nie dosc, e bilet do jammu byl niezwykle drogi to jeszcze najblizszy lot prezypadal na piatek - czyli za piec dni (wliczajac poniedzialek). Alicji poplynela lza. Jak wytrzymamy do piatku? Spojrzelismy jeszcze raz na tablice lotow i naszym oczom ukazal sie srodowy lot do Srinagaru na wysokosci okolo 2000 m npm. Hm...sprawa wymagala przemyslenia.
Srinagar jest miejscem zmilitaryzowanym - stolica Kaszmiru, o ktory od 1947 roku boje prowadza sily pakistanskie. Samo zaqs miasto slynie z domow na lodziach, niezyklych meczetow i magii, ktora urzeka wszystkich, ktorzy postawia tam noge.
Po lekturze przewodnika wymyslilismy, ze polecimy do Srinagaru, stamtad autokarem do Jammu. Z Jammu zas do Darmasali. Jesli chodzi o wojne, tlumaczymy sobie nasza decyzje koniecznoscia walki - walki z choroba wysokosciowa.
19 wrzesnia
Uff...wczoraj Olek postanowil, ze do Srinagaru poleci z nami. O ile my decyzje podjelismy pod wplywem choroby wysokosciowej, Olka przeslanka byla zadza przygod. Kasia, Ewelina i Jacek o polnocy ruszyli do Manali busem. My zas pobudke mielismy o 4:40, zapakowalismy bagaze do samochodu boss`a (wlasciciela naszego hotelu) i pojechalismy na lotnisko. Po paru kontrolach znalezlismy sie w pustym busie, ktry wiozl nas na pas startowy. Droga ta schizoidalna opatrzona byla pewnoscia, ze jestesmy jedynymi odwaznymi, ktorzy leca w miejsce konfliktu indyjsko - pakistanskiego. Gdy jednak podjechalismy pod samolot okazalo sie, ze turystow jest wiecej - nawet kilku rodakow.
Szczyty himalajskie z malego okraglego okienka wydawaly sie nieskonczone - po horyzont strzepiste skaly wahaly sie w rytm wibracji samolotu. I wszystko byloby pieknie gdyby nie nagly warkot prawego silnika i delikatny zapach spalenizny - Indian Airlines.
Sam Srinagar wyglada niczym wielka forteca z bunkrami, tysiacami zolnierzy, opancerzonymi samochodami. Prez chwile jadac taksowka czulismy sie niczym korespondeci wojenni.
Teraz siedzimy w onirycznej Restauracji Paradiso i obmyslamy strategie dzialania jak do konca nie dac sie naciagnac hindusom. Lecimy - sikara (lodz) czeka...plyniemy
No i jestesmy w hoteliku na jeziorze. Wlasciwie nie w hotelu, tylko lodzi z pokojami, przyjemna bywalnia i tarasem. Wokol plynie normalne zycie mieszkancow Kaszmiru. Mieszkaja w swych lodziach na jeziorze Dal Lake. jestesmy szczesliwi i oddychamy pelnymi plucami...
cdn (kafejka sie zamyka, a tego jeszcze sporo :)